Written by admin on Mar 08 2010
Człowiek to sobie zawsze biedy napyta. I to niezależnie od intencji. Było mu dobrze? Mógł się dogadać? Mógł. No to wziął się za wieżę Babel i co z tego wynikło każdy jeden wie. Bramborowe hrynolki na ten przykład. Które to u naszych sąsiadów robią za frytki, ale za to brzmią radośniej jakby. Szczególnie dla polskiego ucha. Albo parek w rohliku.
Ponieważ dobry Pan Bóg wpierniczony ludzkim chciejstwem pomieszał im we łbach, każdy teraz gada jak chce. Tu akurat mam wrażenie że na wyspie mieszał bardziej niż gdzie indziej, bo żeby tak każda wioska miała swój dialekt? Przedziwne. Szczególnie że teraz na świecie można spotkać ludzi co to są spikerami natywnymi j.angielskiego – a dogadać się nie mogą. Na przykład Australijczyk z Północnoirlandianinem.
Stąd rola tłumacza ważna jest. Może taki przyjść i jedne dźwięki bełkotliwe przełożyć na inne. Co prawda równie bełkotliwe ale innego rodzaju. Dzisiaj trafił mi się Czech. Wielkie chłopisko z popsuta nogą i niewielka znajomością angielskiego. Z dawnych czasów pamiętam że ze Słowakami jakoś prościej było. Nawet przekleństwa mieli podobne. Wiem, bom im sprzedał Janosika za Wołodyjowskiego. Jak by się nad tym dobrze zastanowić to interes dziwny, ale po bliższym przyjrzeniu się tak na prawdę uratowałem Ikonę Polskiej Martyrologii.
Idziemy sobie kiedyś przez Demianovskie Jaskinie a tu miła dzieweczka,z buzi całkiem ładna – o biuście dzisiaj nawet się nie zająknę – mówi że „to je homnata vielikiego Slovackiego bohatyra, Janosika”. Mowę nam odebrało. Przecisnęliśmy się do przodu i ja pytamy cegój ona nam tego Janosika zabrała. A ta nic. Druh mój serdeczny w piersi się bijąc zaklinał że z jego młodsza siostra chodził do jednej klasy, ale kobieta była nieubłagana. Olała nas totalnie dyskusji nie podejmując.
Ze zgryzoty że wszystko cośmy w telewizji widzieli to jedna wielka bujda, zakupiliśmy dużą ilość rozważacza – o ile pamiętam to był Urquel i Zlaty Bażant – i zaczęliśmy rozważać. Po pierwsze primo to Janosik po polskiemu gadał. Więc on ci nasz. Po drugie – primo – Maryna to była nowotarżanka. Bo tylko tam się takie dziouchy rodzo, ludzkiej mowy nie ma żeby ona była z Płocka. Po trzecie – Dymna. No jak Dymna jest słowacka księżniczka to ja jestem Hortensja Bizantyjska. Sam słyszałem jak wywalała na pysk zbity durnych chłopów, co to się im zbójować zachciało, mówiąc „Do widzenia” a nie żadne „Na Shledanou”. W końcu policzyliśmy wszystkie za i przeciw – co było łatwe bo przeciw nie było wcale – i stwierdziliśmy że trza to naprawić. Akurat okazja się trafiła bo dookoła palili ogniska sami Słowacy – -jako że to słowacki camping był. Tak wiec wzięliśmy rozważacze i poszliśmy do sąsiadów coby im we łbie rozjaśnić. Siedliśmy, wymieniliśmy dary – my im słowackiego Bażanta, oni nam polska Śliwowicę – i zaczęliśmy dyskusję. Im dalej w las – tym mniej było miło bo nasi oponenci za cholerę nie mogli zrozumieć naszych argumentów tylko wytaczali swoje. Nie trzeba nadmieniać że zupełnie bez sensu. W końcu, gdy dyskusja osiągnęła stan zbarażowsko-podbipięcki, jeden ze Słowaków wstał, dziubnął mnie paluchem i mówi tak:
- A Wołodyjowski to niby kogo – nasz czy wasz?
Zdrętwiałem. Gore! Jeszcze nam Michała wezmą – inna rzecz że akurat on mi specjalnie nie leżał, mały taki jakiś i ogólnie nieseksowny – ale pewnikiem z Hajduczkiem beda chcieli brac. Tum zagotował szczerze i pokazując zgubione arbuzy powiedziałem spod wątroby basem grobowym:
- Wo.Ło.Dy.Jo.Wski.Nasz.
- No – zgodził się mój interlokutor. -A Janosik nasz.
Musiał to być polityk pierwszej kategorii bo nie dość żem Janosika oddał bez walki to jeszczem się cieszył ze zwycięstwa. Dopiero mi rano kumple uświadomili że wyzułem nas z narodowego dziedzictwa.
Tak wiec siedzę sobie dzisiaj a tu ostatni pacjent na liście okazuje się być Czechem. Hm. Czeskiego to ja poza wymienionymi wcześniej przykładami rozumiem raczej niespecjalnie. Wiec będziemy gadać przez tłumacza. Pytam się czy miał jakie znieczulenia – tłumacz się pyta czy miał jakie operacje. On mówi ze miał jak był mały ale nie pamięta. Tłumacz mi na to że on nie miał. Pytam się czy ma jakie alergie. Tłumacz się pyta czy on brał kiedy cosik co mu zaszkodziło. Gościu na to że on tego co mu szkodzi – to nie je. Na co tłumacz mi mówi że on alergii nie ma. Taak. Przeszedłem na polski i zapytałem się grzecznie czy on naszą mowę rozumie. Że trochę tak. Na co ja mu że czeski i owszem – ale musi pomalutku gadać. Po czym żeśmy se pogadali szczerze i od serca, pośmialiśmy się z rzeczy różnych a na koniec tłumacz podał mi grabę, skasował 120 funciszów za przysłuchiwanie się rozmówkom czesko-polskim i polazł w cholerę. Era samoobsługi. Jak se przypomnę babkę co ostatnio przyszła z tłumaczem suahili to mi się dupa marszczy na myśl samą co też tak naprawdę myśmy się dowiedzieli o sobie…
Istnieje teoria że Diabeł zawsze robi Panu Bogu wbrew.
Pan Bóg wymyślił zdrowy tryb życia – Diabeł wymyślił pilota do telewizora.
Pan Bóg wymyślił zdrowe odżywianie i warzywa – Diabeł popcorn i frytki.
Idąc tym tropem, skoro to Pan Bóg pomieszał języki, tłumacz musi być pomiotem sił nieczystych.
read more…