Biała gorączka

Written by admin on Jan 21 2010

Zima to jest czas ciężki dla wszystkich. Ciężko się choruje, ciężko się ratuje chorych. Szczególnie gdy jechać trzeba w śnieg i zawieję gdzie drogi nie widać… W światłach stroboskopów materializują się na czas błysku płatki śniegu – które jak zaczarowane wiszą zamrożone w powietrzu mimo wiatru. Mimo ciepła w kabinie człowiek odruchowo zawija się szczelniej w kurtkę.

Dziunia wysłała nas do białej gorączki. Czasem się z niej śmieję że zamiast zebrać wywiad to pisze co jej ludzie plotą a potem wysyła po uważaniu. Ale akurat przy tej rozmowie byłem. Siedzieliśmy sobie w dyżurce pijąc jakoweś wynalazki rozgrzewające z Afryki o smaku miodowo-herbatkowym gdy dzwonek podniósł alarm.
- Pogotowie Ratunkowe słucham.
- Przyjeżdzojcie szybko bo on tu nos wszystkich pozabijooo!!! – rozdarł się w słuchawce rzeczowy głos damski.
- A co mu jest?
- Biała gorącka!!!
- Czyli co się dzieje?
- No kurwaaaa!!! głucho jesteś czy co??? Biało goroncke mooo kurwaaa maaać!!!
Dziunia zasłoniła słuchawkę ręką i zapytała czy mam ochotę zbierać wywiad. Ale zemsta choć leniwa – zagnała cie w nasze sieci… Podziękowałem grzecznie że jednak nie. Tym razem “biała goroncka” w zupełności mnie satysfakcjonuje jako powód wyjazdu.
- Gdzie jechać? – Dziunia ze stoickim spokojem zebrała namiary i wpisała ładnie w kartę. -Słyszałeś Doktor. Jedziecie.
- Matko jedyna… – westchnęło mi się na widok adresu. Toż w lecie schodzi pół godziny żeby dojechać. Polazłem do telewizorowego i oznajmiłem wyjazd.

W zimie pada śnieg. Płatki duże, takie włochato-puchate, czasem małe jak gwiazdeczki a czasem drobniutkie jak kaszka manna. Wszystko po to by upiększyć okolicę z okazji Świąt i zaskoczyć drogowców. Szczególnie w obszarach głęboko wiejskich – gdzie zamiast Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta jeździ sobie traktorkiem-pyrpyrkiem Wiejski Oczyszczacz Dróg Pan Mietek. Z samego jeżdżenia pożytku jednak nie ma – do traktora musi być przyczepiony lemiesz. Któren to jest drogi i wymaga specjalnego mechanizmu co to rzeczony lemiesz podnosi i opuszcza. Bezwysiłkowo. W związku z tym WODPM zazwyczaj nie pcha przed sobą lemiesza a raczej ciągnie za sobą trójkąt zbity z desek. I tenże wynalazek pługopodobny pięknie za traktorem śnieg wyrównuje – do tego stopnia że nawet śladów opon traktora nie widać. Urządzenie to ma jeszcze jedną niesamowita zaletę: jak jest wystarczająco duże, to odśnieży oba pasy drogi. Chyba że traktor jedzie nie środkiem a prawym pasem.

Wtedy odśnieża pas prawy i nagarnia, wygładzając ślicznie, śnieg nad prawym rowem co może kierowcy sugerować że droga jest niekoniecznie tam gdzie jest…

Płatki duże, puchate padające w wielkiej ilości zostały zamienione przez płatki bardzo duże, bardzo puchate, padające w ilościach nieprawdopodobnych. Człowiek ma wrażenie że piękno i cisza wchodzą do karetki…
… którą nagle pociągnęło w prawo i stanęliśmy w pozycji „lewa nóżka w górze”.
- Oż w morde a co to było? – zapytałem zupełnie bez sensu. Szybki nawet nie skomentował. Wyskoczył z karetki i zaczął oglądać wóz. Wytarasiłem się na drogę przez jego drzwi.
- Urwałeś co?
- Na szczęście nic. To białe gówno nas zamortyzowało – docenił piękno przyrody. -Popchajcie, spróbuję na wstecznym.

Śnieg, gdy spadnie na ziemie zamienia krainę czarną i brzydką w śliczną i białą. Kołderka puchowa co świat otula. I spod kół na twarz bryzga.
- Czy ty mógłbyś do kurwy ciężkiej jakoś inaczej tymi kółkami kręcić? – wyrzut na mej twarzy został skutecznie zamaskowany gruba warstwą błota wymieszanego ze śniegiem. -Jak ja teraz do ludzi pójdę, hę?
Kurtka mechanika czołgowego po wymianie silnika wygląda lepiej niż to co mam na sobie….
- Kkurwa, sami nie damy rady… – Szajbus wyciągnął kurzelniki i rozdał wkoło po całym. Zapaliliśmy.
- Chyba trzeba na stację dać znać?
- Doktor, zwariowałeś? Stąd zasłaniają nas dwie góry. Radio nie przejdzie. A co masz na komórce?
Popatrzyłem na wyświetlacz – nawet awaryjne nie działają. Ale fajne zadupie.
- A najbliższa wieś gdzie?
- Tu w górę jakiś kilometr będą pierwsze chałupy. Może nawet nie tyle…. – rozważania Szybkiego przerwał tupot nóg. Od strony wsi nadbiegł dziarsko dziadek w średnim wieku z siekierą w ręku.
- Dobry wieczór, wy do białej gorączki?
- My. Daleko to?
- Nie nie daleko. Ale widzę że pomoc wam potrzebna. Poczekajcie chwilę, zaraz coś zorganizuję.
Nawrócił na pięcie i znikł w zadymce jak duch.
- No to – jak rzekł Ulrich von Jungingen – po Malborku? – zapytałem wyciągając paczkę Marlboro.
Zakurzylismy spokojnie. Jakieś dwadzieścia minut później od strony wsi nadciągnęła brygada. Chłopy potężne, dziadek z siekierką pokazywał co i jak… Nie dało rady. Przepychaliśmy tylko w rowie samochód do przodu i do tyłu – ale na drogę nie szło wypchać.
- Kurwa mać, ni hujaczka z tego nie bedzie – drapiąc się po szczecinie rzekł filozoficznie dziadek. -Poczekajcie chwilę.
I oddalił się kłusem. Że on sobie nic nie zrobił biegając po okolicy z siekierą w ręku… Widać trenuje. Inna rzecz że jak tak dalej pójdzie to nam fajek zabraknie.

Po kolejnym kwadransie usłyszeliśmy charakterystyczne łup-łup-łup jednocylindrowego dwusuwa – matko jedyna, on nas tym będzie wyciągał? Z niedowierzaniem popatrzyłem na Szybkiego który wzruszył ramionami i zapiął linę. Myśmy pchali w bok, dziadek ciągną traktorkiem w dół, wyglądał że nic z tego nie będzie gdy nagle koło karetki złapało jakiś twardszy grunt i to wystarczyło. Wylądowaliśmy na drodze. Dzięki ci Panie, nie będę musiał spać w tej pięknej okolicy.

Dziadek zsiadł z traktorka, rozdał po Schabowym*, zakurzyliśmy jak stare chłopy… Musze przyznać że smak Popularnego po wysiłku, w śnieżycy, ma w sobie coś intrygującego..
- Kazik, weźmiesz traktor i odstawisz do stodoły! – zarządził dziadek. -A, i siekiere mi postaw za drzwiami, wisz gdzie?
Kazik siekierkę wziął i głową kiwnął że wie, po czym wsiadła na traktorek i odjechał.
- A wy co – wolicie się przespacerować po nocy? – zwróciłem się do dziadka.
- Ja? – popatrzył na mnie z zaskoczeniem. -Toż moja stara dzwoniła że mom białą gorączkę. Ja z wami do szpitala jade.
—————
*Zwyczajowa nazwa Popularnego. Ponoć wzięło się to stąd że w trakcie kurzenia można było przypadkowo coś przekąsić, w dodatku ciężko było na pierwszy gryz zorientować się co. Jak dla mnie – zupełnie bez sensu i związku ale lepszego wytłumaczenia nie znam.

read more…

A kiedy przyjdzie na ciebie czas

Written by admin on Jan 21 2010

- Co mamy?
- Umiera.
- Każdy umiera – nawet my, w tej chwili… A w zasadzie to na co?
- Doktor, tyle Dziunia przekazała. I jeszcze że się strasznie darli.
No, to sprawa jest poważna.

Wbrew pozorom „umiera” nie jest wezwaniem jednoznacznym. Prócz dość zrozumiałych przypadków jak utrata przytomności, ofiary wypadków czy terminalnie chorzy zdarzały się również padaczki, bóle miesiączkowe czy ciężki kac. Co potrafię zrozumieć jako że od czasu do czasu prowadzę nocnych Polaków rozmowy przy Monastyrce, która swą pięćdziesięciokonną mocą oraz śliwkowym aromatem onduluje włosy i rysuje szkliwo.

Zawyły sygnały, ryknął silnik i statecznie wytoczyliśmy się na główną drogę. Szybciej się nie da bo w polskim wynalazku karetkopodobnym jest tyle mocy ile jest. Czyli mało na tyle że w zasadzie można pominąć. Jak to mówił jeden z myślicieli: „W próżnie to i Salomon nie naleje”. Na szczęście droga dojazdu prosta jest, żadnych gór dookoła, więc już po paru minutach osiągnęliśmy oszałamiające 90 na godzinę. Milcząco zapytałem czy kurzymy. Długi wziął, przypalił i podziękował skinieniem głowy. Rozmowa w kabinie gdzie trzęsące się blachy produkują 100 dB mija się z celem.

Po dobrych dwudziestu minutach znęcania się nad materią dojechaliśmy na miejsce. Zwyczajowo potraktowałem drzwi z bodiczka – ostatecznie podgląda sie mistrzów hokeja – i wyskoczyłem na podwórko do nerwowo nastrojonego jegomościa w wieku średnim.
- Co się dziej?
- Tamtamtamszybkoszybkobosiękończy! – zamachał ekspresyjnie nad podziw i przejmując rolę pilota-pchacza skierował mnie na pierwsze piętro. W pokoju leży sobie babcia staruszka. Dychać dycha, choć byle jak.Ciśnienie byle jakie. W płucach trzęsienie ziemi. Skóra sucha. Kontakt raczej żaden. Kroplówka jakowaś podpięta wisi. Podrapałem się po łbie.
- Ośrodkowy był?
- Byłbyłalenicniezrobił!
- A babcia od kiedy taka?
- A bedzie już trzeci miesiąc! – mój interlokutor zaczął używać spacji w czasie mówienia. Dobre i choć co. -Odkąd my jo wzieni po udarze to tak leży.
- Czyli – że ona w łóżku od trzech miesięcy?
- No tak!
- Pokażcie karty.
Chłop przyniósł karty szpitalne. Babcia lat 93 wypisana faktycznie po udarze niedokrwiennym do domu… Sprawdziłem kartę informacyjną ośrodkowego – zadziwił mnie chłop. Wziął się ostro za stawianie babki na nogi.
- A czego oczekujecie ode mnie?
- Bierzeciejom doszpitala! – zaś mu spacje zaczęło zjadać.
- Ale na co? Zasadniczo umiera – i nikt jej wiele nie pomoże. W tym stanie i wieku na intensywne leczenie się nie kwalifikuje a na internie umrze sobie w tym samym tempie co w domu.
- Łojezusiemaryyyyjo!!! – zaniósł się wrzaskiem -Tocojomom roooobić!!!
Zastosowałem wariant odwrócenia uwagi.
- Ksiądz był?
- No nie. – Najwyraźniej manewr się udał. Nie dość że mu spacje wróciły to jeszcze wykrzykniki znikły.
- To na co czekacie?

Wytłumaczyłem raz jeszcze że cudów na tej planecie dokonywał tylko jeden człowiek, którego zresztą 1/3 ludzkości uznaje za Boga – ale niestety nie przyjedzie z przyczyn wiadomych. Zostawiłem kartę informacyjną z diagnozą status kitatus i pognałem do karetki jako że dyspozytor uznał sraczkę za zagrożenie życia.

Gdzieś pod wieczór odwiedziliśmy to miejsce raz jeszcze, żeby wypisać kartę zgonu. Kupa ludzi, ubrani na czarno, powaga na twarzach. I pamiętam wzrok mojego rozmówcy – który patrzył na mnie z niemym wyrzutem.

Najwyraźniej nie uwierzył że nie potrafimy dokonywać cudów.

read more…


…grr…

Written by admin on Jan 21 2010

dzizzazzz….
32′30”
Chyba muszę wrócić do tych interwałów pierońskich – bo coś sie ze mną dzieje dziwnego po 22-24 minutach.

Pozdrowienia z dżimowego kawiarenka.

read more…

Tenisitis acuta*

Written by admin on Jan 21 2010

Wstałem sobie rano z niechęcią straszliwą. Łomatko. Ciemno, ponuro – gdzie do cholery ten dzień się wydłuża? Zgodnie z kalendarzem 28 do 30 grudnia to okres gdy słonko wstawało najpóźniej. O 8.28 rano. A zachodziło najwcześniej pomiędzy 10 a 17 grudniem – o 15.39. Co najciekawsze, najkrótszy dzień w roku przypada poza tymi okresami, czyli standardowo na 21 grudzień. Całe 7 godzin, 15 minut i 18 sekund. Jak się ta nasza geoida obraca – brakuje mi wyobraźni.

Zgodnie z tym samym kalendarzem, dzisiaj dzień ma ciut ponad 8 godzin. To gdzie to się ukrywa, cholera jasna? Rano ciemno i wrednie – za to po południu wrednie i ciemno. No ale – trzeba wstać i łóżeczko ciepłe porzucić. Co robić. Ktoś musi wstać żeby lenić mógł się ktoś. Zajeżdżam ja sobie do roboty a tu niespodzianka – moja koleżanka co to pracuje w every other monday przyjechała dwa razy pod rząd. Jak mnie zobaczyła – tak nieco zbladła. Że niby ja teraz ją odeśle 50 mil do domu? Mowy nie ma…. Taki okrutny nie będę. Tym bardziej że Rodżer paluchy rżnie jak opętany, po południu kanalarz ma chyba z pięć ogólnych a na koniec – jako ten kwiatek do kożucha – przyłazi zębodół coby rwać w miejscowym. Ale za to do wpół do ósmej. Zaufaliśmy sobie uff-uff, wyjaśnili nieścisłości i już 17 sekund później gnałem jak opętany w stronę chałupy. Jeszcze się nie daj Boże się rozmyśli… albo jaka robota wykluje…

Korzystając z dnia wolnego pojechaliśmy – jakże by inaczej – na dżima. I okazało sie że – zupełnie przypadkiem – kort jest wolny za 35 minut. Ha. 25 minut ostrej rozgrzeweczki na stepperze, godzina tenisa, dziesięć nawrotek na basenie. Powiedziałem do tego swojego muffin-top’a: albo ty – albo ja. Póki co daje radę, a gościu zabrał się za znikanie.

Żeby nie poprestać na małym, wieczorem poleźliśmy na półtorej godziny fast track’a. Tym razem uczyli nas backhandów – czyli jak uderzyć piłeczkę co leci na przeciwpołożną. Jaja kompletne. Najlepiej wychodzi mi takowy z woleja – jak walnę, lepiej wiać. Nie wiadomo kto, gdzie i jak w łeb dostanie.

Ciekawe czy to się leczy.
————-
Tak sie tworzy nazwy chorób:

Appendix – appendicitis (wyrostek-zapalenie wyrostka)

Pharynx- pharyngitis (gardło)

Tenis – tenisitis
Brain – pypcium dyrdum.
Itd.

read more…


Licence to kill

Written by admin on Jan 21 2010

- Abnegat, mamy dziecko do transportu – zagadał ulegle głos znajomej doktorki z neonatologii.
- No to macie problem – westchnęło mi się filozoficznie. Odkąd dyrektor zarządził że pogotowie nie może transportować chorych bo jest do ratowania życia na miejscu – a przekonało go nie nasze dwuletnie ględzenie tylko jednorazowa kara finansowa nałożona przez NFZ – oddział wysyłający chorego musi zabezpieczyć doktora i pielęgniarkę.
- No i ten tego bo jednakowoż… – wyłuszczyła do końca swoja prośbę.
- Taak? – udałem zupełnie głupiego.
- Sama jestem, a mamy przyjęcie w Klinice uzgodnione. Pojechał byś? – wykrztusiła wreszcie zwerbalizowaną prośbę. Hm. W zasadzie siedzieć mi się nie chce, na oddziale pustki, znieczuleń nie mamy… Szybka wymiana informacji z szefem zakończyła się westchnieniem “to jedź”.
- Macie woźnicę. Ale pielęgniarkę musisz załatwić od siebie.
- Już mam – ucieszyła się neo. – Za ile podjedziecie?
Kkurcze. Wiem że jak człowiek na pogotowiu spędza każdą wolną chwilę to sie go postrzega jako instytucję transportową, ale bez przesady mi tu.
- Zgłoś transport na pogotowiu. Zapytaj za ile dadzą karetkę. I daj znać kiedy mam przyleźć.
- Łomatko – złapała się za głowę neo – to że ja od czego mam zacząć?
- Czekaj chwile… Oddzwonię za pięć minut.

Po krótkiej rozmowie ze stacją ustaliliśmy że wyjazd będzie za pół godziny. Przekazałem informację do neo i polazłem dzidzia oglądnąć. Ostatecznie dobrze jest wiedzieć co do transportu zabrać. Okazało się że dzidź jest z przetoką tchawiczo-przełykową, zarurowany, zasondowany, dycha se sam i jedzie na zabieg coby mu to zamknąć. Kul. Zebraliśmy wszystko do kupy, sprzęt, leki, papiery, nawet żarcie – po czym zapaliliśmy sygnały i niespiesznie pojechali do Świątyni Wiedzy.

Siedzę sobie z tyłu, dzidzia śpi, pielęgniarka barz fachowo na monitory luka – co mnie podkusiło żeby z tyłu jechać? Już mi paluszki drętwieją, a zanim dojadę do miasta zamienię się w wazowagalne zombi. Co objawia sie u mnie defokalizacją, bradykardią 30/min i ogólną niechęcią to wysiłku jakiegokolwiek, z umysłowym włącznie.

- Ożkurwaaaaa!!! – okrzyk Dzikiego wytrącił mnie z ponurych rozważań. Autem miotnęło konkretnie, usłyszałem odległy huk i stanęliśmy.
- Co jest? – udarłem się w stronę kabiny.
- Ożkurwakurwakurwa….. – cichnący w oddali dźwięk wpierniczonego Dzikiego jednoznacznie wskazywał na głębokie zaangażowanie emocjonalne. A to ci dopiero…
- Kazik, idź no tam zobacz co rozjechał i daj znać co jest potrzebne. Tak na marginesie, masz walizkę?
- Niee – odpowiedział, wyskakując z samochodu. -Toż transport mamy…

- Doktor, chodź no tam.
- Proszę z nim zostać – powiedziało mi się bez sensu do pielęgniarki – wrócę za moment.
W rowie leży sobie śliczny samochodzik – znaczy śliczny to on już był – a koło niego miejscowy proboszcz i jeden z jego ministrantów.
- Co się stało?
- Nnaa szczęęśście niccc – dzielnie rzekł proboszcz.
- A chłopiec?
- Mi się też nic nie stało, proszę pana – odrzekł zupełnie niezestresowany młodzieniec.
Odwróciłem się do Kazia.
- To w zasadzie na co ja tu?
- No bo – karty trza założyć, pacjentów zbadać…
Podrapałem się po głowie.
- Kaziu, wołaj stację, niech przyślą wypadkową. Dziki, zapytaj tego w Żuku czy ich nie potrzyma w kabinie przez parę minut. A Panów – zwróciłem się do uczestników saltomortadele – proszę do karetki.
Ksiądz odmówił, twierdząc że zdrów jest i cały, chłopiec okazał się być zdrowy i nienaruszony… Całe szczęście że niektóre wypadki kończą się tak właśnie.
- Jedziemy.
- Ale bo ja – to tu policja chyba muszę czekać? – niezbyt gramatycznie określił się Dziki.
- Transport mamy. Nie będę czekał ciort wie ile na nich z kilkudniową dzidzią w samochodzie. Nie bój nic – jak wrócimy to cię znajdą.

Z rekonstrukcji wynikło że jadący przed nami kierowca TIRa słysząc sygnały stanął na ślepym zakręcie. A Dziki, zamiast wysiąść z wozu i dać mu po łbie – wziął się za wyprzedzanie. I nadział się wprost na nadjeżdżającego księdza proboszcza. Któren to musiał mieć wsparcie odgórne w trakcie zdarzenia bo z wózka została obita puszka po konserwach – a ani jemu, ani pasażerowi literalnie nic się nie stało.

Transport minaął bez dalszych niespodzianek. Po powrocie zastaliśmy policjantów na pogotowiu z gotowym mandatem opiewającym na dośc konkretne wtedy 200 pln. Dziki się zjeżył – on płacił nie będzie. Transport był na sygnałach, winny kierowca TIRa bo stanął jak dupa. I przyszedł do mnie.
- Doktor, trza mi świadka do zeznań a potem w sądzie. Poświadczysz?
- Dziki, poświadczę. Tyle że się nad tym zastanów – bo wina w końcu jest twoja. I w sądzie prawdopodobnie przegrasz. A tam nie dostaniesz dwóch stówek tylko ci dowalą dwa klocki na ZBOWID.
Dzikiemu jeszcze trochę zeszło zanim mu piana spadła – ale jak doszedł do siebie to dwie stówki wyciągnął i zapłacił.

Sygnały dają pierwszeństwo pojazdowi uprzywilejowanemu, to na pewno. Ale to nie znaczy że pozwalają na robienie głupich rzeczy.

read more…

Nindża ma być twarda

Written by admin on Jan 21 2010

To jest fakt znany i ogólnie do wiadomości przyjmowany. Ponieważ chce być nindżą – postanowiłem twardym być. Co prawda pozycja Białego Nindża jest już zajęta, ale na ten przykład nikt nie mówił o grubym. No to ja będę pierwszym białym grubym nindżem.

Ponieważ cunning plan obejmuje przebiegnięcie 10 km poniżej 1 godziny jeszcze przed wakacjami, postanowiłem zbliżyć się do celu małymi kroczkami. Pierwszy, przetruchtanie byle jak 1 godziny powiódł się w zeszłym tygodniu. Podochocony nieco mocą własną rzuciłem się na drugi cel pośredni – zrobienie 5 km poniżej 30 minut. I tu zaczyna się dzonk. Pierwszą próbę przerwała mi małażonka zaniepokojona odgłosami zarzynanej szkapy którem wydawał na bieżni obok. Co prawda było to po 20 minutach więc szans bladych nie było żeby jeszcze dziesięć  pociągnąć, ale chwała Panu – mam na kogo zwalić. Drugie podejście wykonałem samotnie. Tum zastosował tak zwany myk psychologiczny – że ja wcale to a wcale nie zamierzam tych pięciu kilo zrobić. Potruchtam sobie ile dam rade i pójdę popływać. Oszustwo udało się połowicznie. Po przebiegnięciu 4 km w 23′55” dotarło do mnie że niezależnie jak na to patrzeć – czy że to tylko kilo – czy też że to tylko 6 minut – za cholere nie przeżyję.Ale dobre i choć co. Ostatecznie jak by mi kto jeszcze pół roku temu powiedział że ja wytrzymam tempo 10 km/h na dystansie 4 km to bym mu w czółko popukał z emfazą.

Dzisiaj podjąłem próbę trzecią – z założeniem że zwolnię po dziesięciu minutach na chwilę coby dech odzyskać i do finiszu przystąpić – ale wszystko szlag trafił bom se wczoraj drineczka wypił. Nie wiem o co chodzi, ale wystarczy lampka wina w dzień poprzedni żeby zamienić mnie w niewydolny oddechowo i krążeniowo wrak ludzki w trakcie wchodzenia po schodach. No nic, trzeba będzie systematycznie do tego podejść. Ale mam ochotę jeszcze w styczniu popełnić posta o zwycięstiw masy nad przestrzenią – czyli, nieco mniej górnolotnie o zwycięstwie stu kilo nad 5 kilometrami.

Jakieś trzy miesiące temu nasz dzidź młodszy zapodał konieczność gry w tenisa. Z tegoż powodu zmieniliśmy klub z małego i przytulnego – na wielki, choć wcale nie nieprzytulny. Głównym plusem jest 7 krytych kortów tenisowych z różnymi nawierzchniami na których adepci mogą sobie trenować backhandy i zwichać kostki. Ponieważ dzidź nie może być członkiem racket jeżeli rodzice takowego nie posiadają, niechcąco zostaliśmy tenisistami.

I tu dochodzimy do clue programu: w ramach członkostwa należy się nam pięciotygodniowy program fast track w czasie to którego nauczą nas który koniec rakiety służy do czego i jak machać żeby się nie uszkodzić. Pierwsze wrażenia couch potatoe w średnim wieku jest bardzo miłe. Ot, trzeba machnąć rakietką trzymając za koniec wąski, a szerokim – nigdy odwrotnie – przebić piłeczkę na drugą stronę. Po piętnastu minutach poprosiłem trenera coby mi dał rakietkę bez czarnej dziury. Jak to – bez? No normalnie – żeby w rakietce nie było czarnej dziury, co to jak widzi piłkę to sie otwiera i pozwala piłce przelecieć na wylot. Okazało sie że takich nie ma. Dziwna sprawa.

Ponieważ trenowaliśmy forehand ostatnio, więc w szale dzikiego marnotrawienia pieniędzy zakupiliśmy dzisiaj piłeczki tenisowe sztuk 3 coby jutro prywatnie sobie po korcie pobiegać i potrenować chwyty pokazane nam w sekrecie. Jako że rezerwację robiliśmy dzisiaj – jedyną wolną godzina była ósma rano. Co oznacza że będę musiał wstać o siódmej…

…słabo mi…

read more…

Siedmiu Samurai

Written by admin on Jan 21 2010

Tak mi się ostatnio przeglądało półki w HMV – co ponoć się tłumaczy na Her Majesty Voice, ale nie wiem czy se ze mnie pociech młodszy jaj nie robi – i na mojej ulubionej, co to można upolować dziwne rzeczy z kina europejskiego, wypatrzyłem Kurosawę. Znaczy, ja wiem że Japonia nie Europa, ale w dalszym ciągu jest to gdzieś na wschód od Królestwa. Żeby nie zełgać, film jest starszy niż ja i to zdrowo – premiera w 1954 roku… Niesamowite.
Chłop samurajem. Co dowodzi że jak się chce – to się da. Nawet upadającą filię firmy wziąć w ajencję…


Ja też chce być samurajem! Proszę!! Proszę!!

Ni hu hu – najpierw będziesz trenował kijem. Hai.

No nie róbcie z nas pederastów…

Patrz ojciec, jest nadzieja. Są jeszcze korkociągi na tym świecie.

Pójdę – byle bym mógł zabić tak wielu ile zdołam. Hai.

Niee, nie będziemy zabijać. Dostaniemy ryż.

Samuraje we wiosce??!? A ja taka rozczochrana!!!

Piknik na skale.

Wioska w górach, wieśniacy co to ryż sadzą i ogólnie źle im nie jest – a po drugiej stronie barykady zbójcy niedobrzy co to ryż zabiorą, ale nie za darmo oczywiście. W ramach zapłaty zwyczajowej pozostawią w wiosce kilka ciąż. Jak mąż a głównie nie mąż. Wieśniacy dochodzą do wniosku że im zbrzydło i wyruszają do miasteczka w poszukiwaniu siedmiu nawiedzonych którzy za miskę ryżu – ale trzy razy dziennie – podejmą się walki ze złem i występkiem.
No, teraz mogę wyjść do ludzi.


…a ja sobie poćwiczę “wybijanie oka na wylot”…

Siedzimy tu już tydzień – i nic…

O, to różowe bardzo dobre. Pięć – a nawet sześć.

AAAVANTIII!!!

Najważniejsze żeby te plusy nie przysłoniły wam minusów.

Co tak patrzycie siostry? Przytyłam dwa kilo…

Na szczęście jest z nami Koko, cały i zdrowy.

W zawodzie Wikinga najbardzie sobie cenię gwałcenie. (copyright Mleczko).

Zeżarli nasze święte jabłka!

I co najdziwniejsze znajdują.

Albowiem akcja dzieje się w Japonii czterysta lat temu – znaczy w 54′ było czterysta to teraz już jest 455. A nie zawsze rządziła mamona. Okazuje się że etos rycerski samurajów jest jak samurajski rycerzy. Czyli biednych jednak należy bronić, dziewic nie gwałcić – chyba że się o to namolnie proszą – i cudzego nie kraść.

Grupka siedmiu nawiedzonych pod wodzą dzielnego Kambei Shimada rozpoczyna swój cunning plan

Chłopcze mój mlody – zanuci cicho dziewica


Już wyłażę ze Świtezi – chodź błądzę przy świetle księżyca

Byłeś w tej wiosce 2 lata temu, cny rycerzu.

No to – nieźleście nas urządziły – siostry!

Kobieta mnie bije!

Nnie. Tam jednak też same baby.

No żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie…

Pani tu jest zdajesie jakąś szychą?

To ja się przedstawię.

Co ciekawe Holywoodoo przeniosło historię na dziki zachód po całości, z dialogami i puentą włącznie. Jako rzecz jasna, Siedmiu Wspaniałych. Tak nieśmiało mi chodzi po głowie czy zapłacili Kurosawie za plagiat licencję…

Zupełnie nieistotne czy to się komuś podoba czy nie – wstyd nie znać.

read more…