F22 (cz.IV)

Written by admin on Mar 15 2010

Schodził do piwnicy. W powietrzu w dalszym ciągu mieniło się dziwne, przyćmione światło, pozwalające dostrzec kontury mijanych przedmiotów. Na poziomie piwnicy bez specjalnego zdziwienia przyjął do wiadomości fakt że schody w dalszym ciągu idą w dół – a światło dochodzi właśnie stamtąd. Czekaj, dzidzia. Przyłożę klapsa w dupę to ci głupie pomysły wyparują z pustego łba – pomyślał nieco nielogicznie Kovalik i przyspieszył truptanie w dół. Na trzeci poziomie schody się skończyły, Kowalik przeszedł przez wąskie drzwi i wszedł w korytarz. Długi, ciągnący się Bóg wie gdzie, zakręcał nieco w lewo. Zrobiło się jaśniej. Kovalik minął załom i stanął u wejścia do sporych rozmiarów jaskini. Na środku stała jego znajoma, wyglądała zupełnie jak na górze, jedynie wrażenie wirowania przestrzeni gdzieś znikło.
- I co – hormony na mózg walą? – zapytał Kovalik i ruszył w jej stronę. -Mówiłem grzecznie ostatnim razem, tak? W domu siedzieć i się uczyć a nie z goła dupa po dyskotekach latać – stres i lęk wyzwoliły w Kovaliku agresję. -Zaraz ci to wszystko ładnie wytłumaczę.
Potężny cios w klatkę rzucił go z powrotem na ścianę. Chroniąc głowę skulił się w czasie lotu i przywalił w nierówną powierzchnię nerkami. Powietrze z sykiem uszło mu z płuc. -Oż ty gadzino jedna, bohatera? – wystekał. Musi sie koniecznie starego zapytac co on rozumie przez słowo “Słaba”. – …zaraz ci przez rozum przejdę.
Ręka Kovalika wymacała przypadkiem w kieszeni stazę-samoróbkę. Ostatnio ciężko było o oryginalne, wszyscy wspomagali się czym mogli. Najlepiej do tego celu nadawały się Foley’e, służące do cewnikowania pęcherza. Tyle, że ostatnio brakło sensownych, cienkich rozmiarów i Kovalik na ostatniej zmianie podając astmatykowi aminofilinkę skonstruował stazę z cewniczka 22F. Grubości małego palca… Walcząc z lekka o oddech zbliżył się do syczącej dzieweczki na odległość strzału po czym z miłym uśmiechem na twarzy naciągnął błyskawicznie gumę aż za ucho i wypalił. Celował w czoło ale jakoś tak rodzynki do spółki z ćwierćcegłówką zmieniły nieco tor lotu i wyrżnął strzygę prosto w oko. Rozległ się wściekły syk, stwora ruszyła na niego i w tym momencie zaległa ciemność. Odruchowo przyklęknął, ząbeczki dziewczęcia nie budziły miłych skojarzeń, po czym wypalił raz jeszcze, tym razem celując gdzieś na wysokości pasa. Rozległ się kwik bólu i Kowalik usłyszał oddalające się kroki.
- Mówiłem, nic tak dobrze nie robi jak klapsik w dupę.
Potarł nerki i ruszył za odgłosami uciekającej dzieweczki, starając się wymacać drogę w ciemności. Z przodu zabrzmiał ni to szloch – ni to westchnienie. Ha! Czyli gdzieś tam sobie jesteś, gadzino…

Czas wlókł się w nieskończoność. Kovalik już dawno doszedł do wniosku że łażenie po ciemku w podziemiach było głupim pomysłem. W zasadzie mógłby wrócić, ale wystarczyła jedna myśl o odnogach tunelu i natychmiast porzucił ideę powrotu do starego. Gdzieś ta zaraza musi mieć drogę wyjścia, byle by jej tylko nie zgubić… Nagle jego ręce oparły się o ścianę. Niedobrze, zawał. Kkurwasz, będę musiał wracać – przemknęło mu przez spanikowany mózg. Ale – czemu ja ją ciągle słyszę? Powolne macanie rękami dało odpowiedź – po lewej stronie było przejście. Przecisnął się tamtędy z niejakim trudem i za kolejnym załomem zobaczył światło. No, to – bój to jest nasz ostatni – naciągnął jedyną broń jaka posiadał i wyskoczył. Na ziemi leżała sobie nieprzytomna dziewczyna. Śliwa na lewym oku jednoznacznie wskazywała że to kovalikowa znajoma. Poza tym zniknęła gdzieś jej nieziemska suknia, zamiast tego ubrana była w normalne choć straszliwie upaprane ciuchy. Kovalik trącił ja palcem – zamruczała coś, nie otwierając oczu. Ząbki? Zniknęły gdzieś ostre jak szpilki kły, zgryz taki sobie. Ortodonta by ci się przydał – pomyślał Kovalik biorąc ją na ręce. Wyszedł z tunelu w szarzejący świt i odebrało mu mowę. Po prawej stronie zamajaczyła znana budowla, charakterystyczny kogutek nad drzwiami nie pozostawił żadnych wątpliwości. Doszedł do Władka… Słyszał że tunele pod starym parkiem sięgają do rzeki, ale brał to za zwykłą urban legend. Koniec świata. Doszedł do ławki, położył na niej dziewczynę i usiadł z drugiej strony. Odpocznie chwile i zastanowi się co robić.

- Heej! – Miro trącił go w ramię. -Wykończysz się tą robota na pogotowiu, zobaczysz. Pan tu takie ciekawe rzeczy opowiada a ty śpisz… Nieładnie…
Kovalik przetarł oczy. W ręce trzymał Żywca, Miro zaśmiewał się z czegoś co opowiadał stary, dziewczyna…
- A gdzie dziewczyna?
- Jaka dziewczyna? – Miro z troską popatrzył na przyjaciela. -Zdecydowanie nie powinieneś spać na słońcu po udarze głowy, wiesz? Chodź, pójdziemy do mnie. Pan obiecał ze mi pokaże jak się zacier z trocin robi. Ponoć dwa razy lepszy niż kodżakówka.

read more…

Rokoko (cz.III)

Written by admin on Mar 15 2010

Jechaliii cygaaaaanieee…
Echo niosło się po okolicy, wnerwiając sąsiadów i płosząc domowe ptactwo. Wycie psów podkreślało co ważniejsze frazy.
Patieeriał ja uuuliiiicuuu
Patieriał ja dom swój radnoj…

Lizakówka wyszła byle jaka. Musieli ją przepuścić dwa razy żeby uzyskać jako taką moc, niestety podwójna destylacja zredukowała uzysk do pół litra.
- Opłacało ci się pierniczyć z tym tyle czasu? – Kovalik popatrzył na butelkę chłodzącą się pod kranem. -Toż prąd więcej kosztuje…
- Mówisz, że taniej na gazie wyjdzie? Hm… – zafrasował się Miro. -Tylko jak ja tu gaz podciągnę. Tak na marginesie, mam jeszcze wino z porzeczek, Dziki mi mówił że małmazję ostatnio z tego zrobił.
- No to dawaj.
Przynieśli piećdziesięciolitrowy baniak z piwnicy i nie certoląc się zbytnio przelali zawartość do bańki.
- No to – w imię Boże – Miro pstryknął wyłącznikiem. Po chwili z bańki dobiegło ciche syczenie, znak że grzałka zaczęła pracować.
- Spróbujmy tego. Ostatecznie setka kodżaków się tutaj mieni – Miro popatrzył na butelkę pod światło -Szkło jest za tobą.
- No to – do boju – kiwnął głową Kovalik i wyciągnął kieliszek. Zgodnie z obyczajem Miro wypił pierwszego, strząsnął szkło, nalał i podał. Kovalik wypił i go zamurowało. Smak nawet dało się przeżyć, moc była ok – ale ten zapach?
- Kodżaki?
- No, trochę ulepszyłem… – Widząc pytający wzrok, dodał: -Kilo rodzynek w tym było.
- Śmierdzi toto jak onuce tej babki co jej nogi zgniły – Kovalikiem wstrząsnęło. – Zgroza. W zasadzie…
Nie dokończył. Potężny huk dobiegający z kuchni jednoznacznie wskazywał że proces destylacji zboczył w zupełnie nieprzewidzianą stronę. Wpadł przez drzwi zaraz za Mirem – pomieszczenie wypełnione było w górnej połowie białym oparem.
- Oż w mordę…
- Ale pierdykło…
- A sosieesstaoo?
- Chya chonica sieaatkaaała…
- Co sie pchaszszz…
- Jaaa??? Osie niechajjj nanieeee…
- Churna, oddychaj głęboko – Kovalik w ostatniej chwili zrozumiał co się dzieje, opary w kuchni zawierały spora domieszkę lotnego alkoholu który z pominięciem wątroby walił prosto z płuc w mózg.
- Zaaaraaz nam pszejsie…
Kilka minut oddychania świeżym powietrzem w ogródku zrobiło swoje.
- Alle masakra… Musze to posprzątać…
- Zakurze tylko i zara tam bede – Kovalik nie był gotowy na kolejną intoksykacje alkoholem. Wyciągnął papierosa, przypalił. Powietrze w ogródku nagle robiło się chłodniejsze, cienie głębsze a czas zaczął upływać w paskudnej, rwanej kadencji. Z jednej strony wiedział gdzie jest, widział Mira który oznajmiał że idzie sprzątać a z drugiej czuł jak czas zatrzymuje się po każdym jego słowie – i wtedy ogród nabierał złowrogiego, wręcz obcego wyglądu.Poczuł naglącą potrzebe powrotu. Rodzynki, kurwasz mać. Następnym razem kupi Absoluta, nie będzie się truł wynalazkami drożdżopodobnymi…
- Miro, soreszki, idę w długą.
- No to – uważaj na siebie. Idę to poskładać, choć z grubsza.

Dochodząc do parku skonstatował że faktycznie zrobiło się późno. Słońce zaszło, w dolinie zapadł zmierzch. Cholera, zasiedziałem się, pomyślał. Trza było do chałupy iść się wyspać nie berbeluchę pić… Wybrał najkrótszą drogę, przez dziki park, potem parę kroków nad rzeką i będzie w domu. Szedł zupełnie na pamięć, niespecjalnie zdając sobie sprawę z tego którędy idzie, dopóki nie wlazł na starą Kolorową. Ponure gmaszysko stało czarne, ciche, otoczone zardzewiałym płotem. Kiedyś była to jedna z bardziej ruchliwych arterii miasteczka, po otwarciu obwodnicy nastała tu cisza którą doceniły wrony, tłumnie zamieszkujące zarówno budynek jak i okoliczne drzewa. Kovalikiem wstrząsnęło. Co za rudera… Mógłby się kto w końcu nad tym zlitować i spalić w jasną cholere… Błysnął piorun. Kovalik odruchowo zaczął liczyć ale nie doczekał grzmotu. Podniósł głowę – chmur żadnych… Popatrzył na mijaną ruderę akuratnie w momencie gdy błysnęło powtórnie. No coś podobnego. Pewnie znowu jakieś dzieci gotyku czy innego rokokoko robią sobie zdjęcia… Ostatnio nawet pomagał jednej grupie, mało nie pozamarzali w środku – fotograf przyjechał z dwoma dzierlatkami, sam ubrany a laski prawie do goła rozebrał i fotki im pstrykał. Cholera, dobrze takiemu… W oknach błysnęło powtórnie i nagle czas wpadł w swój obłąkany taniec, z przyspieszeniami i momentami zawieszenia, którym dodatkowo towarzyszyła absolutna cisza… Uderzenie serca – łuppp – rzut oka na ruderę – stop – łuppp – ręka na płot – zawieszenie – łuppp – bieg w stronę drzwi – łuppp – stop…
Na środku pomieszczenia stała śliczna, może siedemnastoletnia dziewczyna. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie delikatne światło sączące się gdzieś zza niej i wrażenie że przestrzeń wokół niej pomalutku się obraca. Zjawiskowa piękność popatrzyła się na niego i nagle poczuł się wyjątkowy. Wyróżniony. Szczęśliwy że może tu być, gotowy do pomocy. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, zalało go nigdy nie odczuwane uczucie szczęścia i obietnicy nadchodzącego spełnienia. Ożż kurwa mać – zaklął wyjątkowo od serca gdy ból przeszył jego głowę. Celnie rzucona ćwiartka cegły rąbnęła go dokładnie w pamiątkowego guza po wczorajszych przygodach. Łupp – twarz dziewczęcia zmieniła się w zimną, nieludzką twarz – szelst za plecami – łuppp – dziewczyna nagle znalazła się z jego prawej strony, widział wyraźnie jej białe, ostro spiłowane ząbki – łupp – cegła walnęła ją prosto w głowę, sam, odepchnięty leciał gdzieś w bok – łupp – puste pomieszczenie, głowa, dzizzazzz, czemu go tak boli łeb – łuppp – synek, kurna, toż trza uważać jak się wchodzi w takie miejsca…
Złapał podana dłoń starego i niepewnie stanął na nogach.
- Co sieee żeee eee? – zapytał nieco nieskładnie.
- Młodziutka strzyga. Chyba jeszcze nie wie kim – a raczej czym – jest i jaka ma siłę. Inaczej by z ciebie zostały strzępy. Przyłóż se to bo ci krew leci – stary wsunął mu w rękę coś miękkiego. Przyłożył do bolącego miejsca.
- Ale – tego – jak strzyga? Dziadek, ja ją znam. Ostatniom ją wiózł z dyskoteki bo się stroboskopów naoglądała i jej się na mózg rzuciło.
- Dyskoteki?
- Noż mówię. Te współczesne, techno i światła. Jak kto wrażliwy to potem ma problem.
- Ona – na dyskotece?
Zaciął się – pomyślał Kovalik. Pomacał łeb, dzizzazzz… Jak on teraz do roboty pójdzie?
- A ten tego – ta strzyga to niby co robi?
- A nie czułeś? Rzadko kto jest się w stanie oprzeć. A potem zostaje z niego wspomnienie…
- Ta! – parsknął Kovalik. -Co to, Pilipiuka żeśmy se poczytali za dużo?
- Że co puka? – nie za bardzo załapał stary. -Synek, ona teraz słaba jest, po pierwsze że nów, po drugie że kupę energii zużyła najpierw na mnie a potem na ciebie. Trza ją powstrzymać, a lepszego dnia się nie znajdzie.
- I co niby – gardziołek trza poderżnąć? Cokolwiek by to nie było ja następnych 50 lat w pudle gnić nie będę – Kovalik obrócił się w stronę drzwi.
- Podrzynać? A co ty ostatnio – Malleus Maleficarum studiował? Trza ją wywlec przemienioną na światło słoneczne i styknie. Nikomu nie trzeba nic podrzynać.
- No to – miłego polowania życzę.
- Nie dam rady. Chyba mi się coś w nodze zrobiło, ledwie stoję. Zejdź na dół, wywlecz ja z powrotem a resztą sam się zajmę.
- Dziadek, no co ty, do domu idę…
- Jakub. Jak mi jeszcze raz powiesz dziadek to cię przez łeb strzelę. Pamiętasz tego powieszonego w zeszłym tygodniu?
- …nooo? – Kovalik nieco się zakrztusił. Skąd ten pokurcz pieroński o tym wie?
- Prawdopodobnie to ona z nim była. Jak nie chcesz więcej umrzyków ze sznurka odcinać, musisz mi pomóc.
- Czyli – mam zleźć na dół i pannę podświetlannę przywlec tutaj – i już? – upewnił się Kovalik.
- I już. Słaba jest, dasz se radę. Tylko w oczy jej nie patrz.

read more…


Spotkanie (cz.II)

Written by admin on Mar 15 2010

Siedzieli u Władka nad Sekwaną. Lipcowe powietrze miało tą niesamowitą nutkę lenistwa, rozgrzanej ziemi i nagich kobiecych ciał brązowiejących na słońcu. Echch… żyć nie umierać… Pół leżąc, pół siedząc sączyli niespiesznie Żywca, obserwując budzący się dzień. Spotkali się przypadkiem, Kovalik wracał z sześciodniowego ciągnika dyżurowego, Miro właśnie wrócił z zagramanicznych wojaży. Po krótkiej wymianie powitalnych poklepywań uzgodnili jedyną słuszną drogę spędzenia dnia i pojechali do starej piwiarni nad rzeka. Myśleli że będą pierwsi ale o dziwo przy stoliku najbardziej na uboczu siedział, wystawiając do słońca kaprawą gębę, stary dziad. Na szczęście szeroka, parkowa ławka była wolna, zakupili co trzeba i zajęli z góry upatrzone pozycje. Dyskusja w niezrozumiały sposób zboczyła z kobiet na temat zeszmacenia pokojowej nagrody Nobla. Kovalik leniwie wyciągnął butelkę i stuknął w szyjkę Mira.
- Ale klimat…
- No…
Pociągnęli. Smak piwa wymieszał się z zapachem powietrza.
- A co ci się w łeb stało?
Kovalik pomacał się po potylicy. Hm. W zasadzie to niby w futrynę przywalił, a przynajmniej tak Kazik twierdził.
- A kurrwa… – zawahał się.
- No, gadaj – Miro, zwietrzywszy sensację aż popatrzył w jego stronę. -Znowu wariatów goniłeś?
- Sam nie wiem…
- Co -że nie wariat był?
- Nnie… Widzisz, bo – ale się nie będziesz śmiał?
- A gdzie tam – echo walniętej pięścią klaty rozeszło się echem po górach i dolinach. -Jak ekche ekche rodzić pragnę, dam ci szansę do drzewa. Musisz tylko rozcapierzyć szeroko palce u nóg – zakasłał Miro, sprzedając stary gryps.
- No bo… kurwasz, sam nie wiem jak zacząć…
Miro zamienił się w znak zapytania.
- To ci od początku opowiem.
I nieco nieskładnie sklejając wydarzenia opowiedział mu wszystko. I o babie ze szponem i czerwonych oczach Franka i dzieweczce-wampirzycy.
- Potem mi mój ratownik powiedział żem biegnąc do poszkodowanego, tego chłopaka co leżał na schodach, pierdolnął łbem we framugę i mnie musieli wynieść… A ja to pamiętam jak bym w kinie widział…
- No, tego. – rzekł mądrze Miro. -Wiesz. Jak mnie żelazko pierdykło łońskiego roku w ciemię to widziałem prawdziwe rajskie ptaszki…
- Weź przestań… Jak to są wszystko zwidy pourazowe to skąd ja mam to? – Kovalik podciągnął rękaw. Na przedramieniu równym szlaczkiem rysowały się ślady zębów. -Sam żem się użarł?
Indywiduum siedzące przy stoliku na uboczu zazezowało na jego rękę. Już miał coś obcesowo powiedzieć ale napotkał szare, stalowe oczy starego i mu przeszło. Dziad przeniósł wzrok z powrotem na ślady zębów na jego przedramieniu, po czym niespiesznie wyciągnął zza cholewy gumofilca stary, poniemiecki bagnet, a zza pazuchy słoninę, cebulę, ćwiartkę chleba i zaczął to wszystko zamieniać w porannego sandwicha. Kovalikowi odebrało dech. Jasna pała – właśnie coś takiego próbował upolować na Allegro w zeszłym tygodniu ale cena poszybowała w rejony niedostępne zwykłym konowałom. Tyle że bagnet na Allegro był stary, zardzewiały i wyglądał jak ostatnie nieszczęście – a w ręce starego lśniła matowo czysta stal… Trącił Mira w bok.
- Zgłupiałeś? – udarł się, ścierając piwo z koszuli. -Toż ze dwa łyki się zmarnowały.
- Widziałeś to? – Kovalik zignorował całkowicie bóle egzystencjalne przyjaciela. -Toż to musi być warte majątek…
Stary niby sprawy sobie z zainteresowania jakie wywołał nie zdawał – ale zgrabnym ruchem nadgarstka wbił bagnet w stół tak akuratnie że promienie słońca uderzyły Kovalika prosto w oczy. Nie zastanawiając się specjalnie podszedł do stolika.
- Dzień dobry…
- Podoba się? – nie pozwolił mu dokończyć stary.
- Dzizzazzz… Skąd pan to ma?
- Oj synek, skąd ma, skąd ma. Jak mały byłem to w mojej wiosce kupa ścierwa łaziła z tym czymś przypiętym do broni. Wystarczyło ładnie poprosić…
- Ładnie? – nie bardzo zrozumiał Kovalik.
- No. Najlepiej cegłą – stary wykrzywił się szyderczo. -Ale dobra gaz rurka czy linka od roweru też mogła być. Tyle że do tego więcej siły trza mieć… – końcówkę zdania stary wypowiedział cichnącym głosem, masując się nieświadomie po lewym przedramieniu.
Kovalik przypatrzył się rozmówcy. Jaja se robi? Spokojny, wręcz ciepły wzrok szarych oczu przystopował kpinę którą miał na końcu języka. Stary grzebnął za pazuchą, tym razem w jego ręku zmaterializowała się wojskowa manierka – dla odmiany rosyjska – i dopełnił pustą do połowy szklankę. W powietrzu rozszedł się zapach mirabelek w zalewie drożdżowej. -Piwo dobre, ino strasznie słabe – skomentował zabieg.
- A to skąd?
- Przejazdem w Łącku byłem, dobrzy ludzie poczęstowali…
- Nnie, manierka skąd?
- Ci przyszli do wioski trochę po tamtych. Nieco twardsi ale głupsi – stary wyszczerzył się kpiąco. -Umówmy się tak: ty mi opowiesz ze szczegółami jeszcze raz jak żeś się tych śladów nabawił a ja przemyślę czy ci tego nie przehandlować – brodą wskazał lśniący w słońcu niemiecki bagnet.

Kovalik zakupił jeszcze cztery rozjaśniacze, żeby żadnego szczegółu nie opuścić, usiedli z Mirem przy starym i zaczął powtórnie sklejać porozrywane wspomnienia ubiegłej nocy. Stary nie przerywał, dolał tylko każdemu wedle zapotrzebowania mirabelkówki a sam popijał spokojnie płyn z kufla, który po czwartej dolewce zmienił barwę z żółtej na białą i zdecydowanie przestał śmierdzieć piwem. Od czasu do czasu dokrawał bagnetem słoninę, owijał w plaster cebulę i zmieniał wonności mirabelkowe na świńsko-cebulowe. Kiedy Kovalik skończył, stary pokiwał głową.
- Mówisz, synek, że miała taka niesymetryczną gębę? Szpony, czerwone oczy… To mógłby być każdy… – zamyślił się. -A ta co się na dole na ciebie rzuciła to inna była czy ta sama?
- Nie wiem. Młoda, strasznie szybka. Ale babka też nie najwolniejsza. Tyle że zaraz przed tym jak mi latarkę wytrąciła…
- Ta? – pogonił go stary.
- Miałem wrażenie że to stara… Tylko jakby młodsza… Sam już nie wiem…
- A ta młoda – nie miała na czole, dokładnie tu – stary wskazał brudnym paluchem miejsce – takiej blizny, trochę skosem w prawo idącej?
- A skąd pan wie? – zdumienie Kovalika zaczęło przeradzać się w zupełnie nieprzyjemne uczucie przerażenia.
- Ja na te k…- stary przełknął słoninę – …obietę poluję czterdzieści lat. Tu się schowała, franca jedna. No nic. Dzięki synek. A powiedz ty mi – nie wiesz gdzie u was stoi ten budynek?
Zdjęcie było stare, czarno-białe, wielki napis nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
- To taka restauracja – a raczej była. Od trzydziestu lat nieczynna. Jaja z tym są bo remontować nie ma komu a zburzyć się nie da bo konserwator zabytków uznał to kiedyś w pijanym widzie za dziedzictwo narodowe. Gnije sobie spokojnie z kilometr stąd – Kovalik wyciągnął rękę. – A czemu pytacie? – czuł że zna odpowiedź ale potrzebował potwierdzenia. Stary jeszcze raz popatrzył mu w oczy, Kovalikowi wydawało się że się uśmiechnął kącikiem ust.
- Kontrolę budowlaną trza mi tam przeprowadzić.
Po czym dopił resztkę z kufla, odwrócił się, wyciągnął spod ławki stary plecak i wszedł w zarośla. Krzaki zamknęły się z nim. Kovalik potrząsnął głową, starając się wrócić do rzeczywistości. Popatrzył na Mira. Siedział z przymkniętymi oczami wsłuchany w mirabelkową pieśń drożdżową.
- Miro!
- Aeeo? – rozglądnął się nieco nieprzytomnie. -Ale słoneczko świeci, widziałeś? Patrz, dwa piwa wystarczyło żeby mnie siekło na tym upale…
- Co on zamierza?
- Obama? Utrzymać pokój na świecie. Jebaniutki, ma se potencjał pokojowy w ilości siedmiu lotniskowców i sterty atomówek to se może…
- Ale stary!
- Bush? A skąd ci się stary Bush wziął? Zresztą młody też fajans…
- Miro, ja o starym mówię, tu z nami siedział…
Miro popatrzył z troska. -Może ty po urazie głowy nie powinieneś siedzieć na słońcu? Chodź, pójdziemy do mnie. Akurat drożdżówka na lizakach osiągnęła trzy tygodnie, czas to w rurki puścić. Przy okazji sprawdzimy nową chłodnicę, Dziki z laborki pożyczył. Mówię ci, cud, miód, ultramaryna.

read more…

Siła farmacji (cz.I)

Written by admin on Mar 15 2010

Schodził coraz niżej. Krok za krokiem powietrze robio sie coraz gęstesze, stęchlizna podbita zgnilizną coraz gęstsza. Malutka lekarska latarka rzucała żółty krąg słabego światła. Czuł jak przerażenie paralizuje mu mózg, jednak nie mógł zawrócić. Z dołu cały czas dochodził krzyk ni to bólu ni przerazenia.

Wyjazd zaczął się jak zwykle. Przerwany obiad, uczucie irytacji ocierające się o wściekłość, szybkie zbieranie gratów i wreszcie kłus do karetki. Sprawdził szybko kartę wyjazdową – złamana noga, traci przytomność. Nawet nie skomentował. Kiedy rykneły sygnały, poczuł że cała wścieklizna powoli z niego uchodzi. Zawsze tak miał. Kiedy inni opowiadali o narastajacym stresie, problemach z kompensacją czy problemami ze snem, wzruszał tylko ramionami. Dźwięk sygnałów kojarzył mu się z bezpieczeństwem i nadciagająca odsieczą a w czasie dyżuru potrafił zasnąć zawsze i wszędzie, w dodatku mary nocne nie straszyły go po nocach. Jechali do pobliskiego miasteczka, jednego z postkomunistycznych górskich kurortów które teraz odcięte od źródeł finansowania zdychały powolną choc nieubłaganą śmiercia. Dumne ośrodki wypoczynkowe i sanatoria obracały sie z wolna w ruiny strasząc nielicznych turystów fasadą z wybitymi oknami i zniszczonymi drzwiami, które na kształt czaszek obdartych ze skóry nabierały diabolicznego wyglądu po zmroku.

Przemkneli przez wymarły rynek i skręcili w strone doliny. Przy drodze, niedaleko DW Słoneczko, stała babina, na oko stoczterdziestoletnia. Wysiadł z karetki.
- Babciu, wy to czekacie na karetke?
Babka przekrzywiła głowę i z pooranej bruzdami maski staruchy łypnęło zaropiałe oko.
- O, nonono – prychnęła sliną i wykrzywiła się w upiornym grymasie. Pokiwala na niego palcem jak by chciała przywołać do porządku niesforne dziecko.
- Babko! – udarł się jeszcze raz -Nie wiecie kto karetke wzywał?
- Aaaaa – starucha ze zrozumieniem uniosła nieco głowę. – Tam idzie – paluch z kilkucentymetrowym czarnym od brudu szponem wskazał ruiny domu wypoczynkowego.
- Iść z wami? – Franek zawsze był do pomocy chętny, ale z drugiej strony zostawić karetkę na takim zadupiu…
- Nie. Grzej samochód. Zobaczymy co się dzieje i najwyżej damy znać. Słychać? – ostatnie słowo powiedział do przenośnej radiostacji, rozległo się głośno z samochodowego radia. -No to w imie Boże.
Starucha nieco się zachwiała i ruszyła za nimi.
- A wy tam na co, babciu? Jeszcze se coś złamiecie.
Odpowiedzi nie zrozumiał – mieszanka przekleństw, starczej twarzy i sliny. Nie zamierzał się wsłuchiwać.

- Halo, jest tu kto? – juz dawno temu się nauczyl że pogotowie ma wchodzić głosno i wyraźnie. Zabezpiecza to przed dostaniem w łeb, przynajmniej w pierwszym momencie, w dodatku od razu ustawia hierarchie wartości. -Halo?
W środku panowała ciemność, słabe światło zmierzchu zostało skromnie na zewnątrz. Wyciągnał latarkę z torby, najnowszy nabytek z Allegro zapłonął 30 diodami z siłą małego słońca. -Halo?
- Tutaj… – z oddali doszedł jęk. Skręcili w lewo i przciskając sie ostrożnie przez zasypany rozbitym szkłem i połamanymi mebalmi korytarz doszli do klatki schodowej.
- O, kurwa – wyrwało mu się. Na schodach, głową w dół, leżał młody, moze dwudziestoletni mężczyzna. Po szybie, sterczącej z jego brzucha, zwolna kapała krew. W fioletowym świetle latarki wydawała sie być czarna. Wyjał szybę i swoim Victorinoxem rozciął koszulę chłopaka.
- Dawaj opatrunek.
Przycisnął szmaty do brzucha. Z rany wypłyneło z pół litra czarnej cieczy.
- Wkłucie. Sól zmontuj. Oklejka.
Pracował jak automat, niepomny jęczenia tracącego przytomność chłopaka.
- Dawaj – podpiął kroplówkę. – Przyduś, potrzebujemy szybko pół litra. Franek, weź wózek i chodź tu szybko!
- Idę. Gdzie jesteście?
- Od wejścia w lewo, pierwszy korytarz w prawo, za załomem są schody, tam jesteśmy. Swiatło weź!
- …dooktorze..
- Będzie wszystko dobrze – skłamał. -Leż spokojnie, zaraz przetransportujemy cię do szpitala. Kazik, daj więcej szmat, trza to jakoś ucisnąć…
- …Agnieeszka…
- Nie, Kovalik – poprawił odruchowo.
- …na dole… Agnieeszsz..
- Bredzi – skwitował Kazimierz.
Ostry, nieludzki wrzask zagłuszył uporządkowane dźwięki ich działalności. Kazikowi z wrażenia medpakiet wypadł z ręki.
- No, to mamy Agnieszkę – Kovalik rzucił okiem w dół. – Gdzie sierota polazła?
Jego skrzywiona geba wyrażała mieszankę dezaprobaty i irytacji spowodowanej koniecznością łażenia po ponurym gruzowisku. -Proszę się nie ruszać, już po panią idziemy!!!
- Franeek, do kurwy nędzy!!! – udarł się do radia.
- Idee! – z korytarza dobiegł głos.
- Zapakujcie go i do karetki – odwrócił się do Kazika. -Zostaniesz z nim a Franka wyślij z powrotem. Daj mi torbę…
Usłyszał rumor i zaświecił w głąb korytarza zza załomu wylazł Franek, osłaniając twarz przed światłem. Zgięty, niósł pomarańczowe krzesełko.
- Latarki żeś nie wziął? – wybałuszył się ze zdumienia Kovalik. Odwrócił sie do Kazika i katem oka dostrzegł że oczy Franka zalśniły purpurowo w ciemności. Szarpnął sie w jego stronę. Starucha, porzuciwszy krzesełko, ze szponami wyciągniętymi do przodu leciała w jego kierunku. Widząc zblizającą się twarz, nieruchomą maske z jarzącymi sie oczyma, odruchowo zszedł z osi uderzenia sekwencją Back Step Monkey. Usłuszał bojowy ryk, zdażył jeszcze uchwycić błysk aluminiowej walizki, którą Kazio próbował zaatakowac staruche i zaległa ciemność.

Słyszał świergot ptaków i huk fal. Na twarzy czuł ciepłe krople… Otworzył oczy. Ani morza, ani ptaków. Z zakamrków ciemności wychynęła gęba staruchy. A to ci dopiero… Co to było? Z jekiem pomacał się po potylicy. Ale mi zasunął, kurwadziad jeden… Gdzie on jest? Zaczał wodzić rękami dookoła, w końcu po prawej stronie wymacał znany kształt torby lekarskiej. Słuchawki, Pharmindex, saszetka z narkotykami… Kurwa mać, nastepnym razem trzeba będzie wziąć Magnum 44 – parsknał rozbawiony i momentalnie skrzywił sie z bólu. Trzeba pamiętać żeby się nie uśmiechać. Usłyszał jęk.
- Halo? Haloo?? – z ciemności wróciło jedynie stłumione echo jego okrzyków. Przegrzebał torbę i wyciągnał lekarską latareczkę. Ha, jest światło. Wyciągnał rekę jak najdalej od głowy i zapalił. Gdzie ja jetem – pomyslał, dalej oszołomiony. Ptaki ucichły za to szum fal przeszedł w miarowe łupanie. Gdzie Kazik? W tym momencie jęk powtórzył się. Cholera, gdzies z dołu. Wsparł się na balustradzie i niepewnie stanał na nogach. Łupanie w jego głowie zmieniło sympatyczne 4/3 na arytmiczne 7/8. Starając sie opanowac mdłości rozglądnął sie wokoło. Schody w górę – schody w dół. Miło. Znaczy, gdzieś w przyziemiach jestem? Na schodach widać było krwawe ślady, najwyraźniej ktoś – czy raczej coś – ciągneło go w dół. Broń, przemknęło mu przez myśl – potrzebuje czegokolwiek… kucnał ostrożnie przy torbie i przegrzebał ją jeszcze raz. Juz miał ją cisnąć w kąt gdy w świetle zalśniła apmułka z żółta nalepka. Skolina. Uważając na łupanie w czaszce skrzywił się mściwie. Niech mi to truchło podejdzie pod rękę… Nabral wszystkie pięć ampułek, popatrzył krytycznym wzrokiem, po czym podzielił dawke na dwie strzykawki. Jęk doszedł go znowu. No to – nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. Chciał nawet zanucić „Rotę” ale z gardła wyszedł mu jedynie charkot. Ścisnął w pięści strzykawkę, kciuk na tłok, latarka w druga rękę i zaczał leźć w dół.

Jakieś dziesięć minut później był sześc pięter niżej. Co oni tu mieli, tajny lab? Plotka gminna głosiła że wojskowi zrobili sobie w ośrodku schron atomowy ale bylo to traktowane na równi z opowieściami Boćka o UFO co go wyruchało w zesżłym roku przy skupie butelek. Haloo! – udarł się jescze raz. Tuutaj – odezwał się słaby głosik. Wlazł w korytarz. Za załomem leżała dziewczyna, noga załmana, pełno krwi wokoło. Jak ja ją stąd wywleke na górę?
- Prszę się nie de…- nie dokończył, zupełnie nieludzkim ruchem dziewczę rzuciło sie na niego, wytrącajc mu latarke z rąk. Odruchowo zasłonił twarz, na przedramieniu poczuł zaciskajace sie zęby. Uderzył strzykawką, wcisnął tłok. Odpowiedział mu niski charkot, nacisk zębów wzmógł się, zaczął tłuc na ślepo wolną ręką. Cholera, musi na te pokurcze skolina nie działa – pomyślał w popłochu i w tym momencie poczuł jak żeby puszczaja. Wyrwał rękę i nieco na pamięc zaczął biec w stronę schodów. Gdy zawadził ręką o futrynę, przystanał. Cholera, toż sam się zabije. Ignorując łupanie w czaszce i ból w ręce szedł, najszybciej jak mógł, wzdłuż poręczy. W końcu zobaczyl szary prostokąt drzwi i słusznie domniemując że musiał dotrzeć do poziomu gruntu, wybiegł na zewnątrz. Z oddali widział jak w karetce trwa jakaś szamotanina. Przyspieszył. Adrenalina wykrzesała resztki agresji. Dobiegając, potknął sie o jakieś śmieci i runął jak długi.

- Doktor!
Piekna syrena, w która wpatrując się dumał czy ją zeżreć czy też się w niej zakochać, wydarła sie jeszcze raz. – Dooktooor!
No czego hołoto walisz mnie po pysku, rzekł Kovalik, a w zasadzie chciał rzec. Z gardła wyszedł mu cichy jęk.
- Leż spokojnie, kurwasz mać! – twarz pieknej syrenki pokryła sie zarostem i dorobiła sie pulchnego, czerwonego nosa.
- Kazimiera? Znaczy, tfu – Kaźmirz? – zapytał, nie bardzo kojarząc co się stało.
- No a kto. Leż doktor spokojnie bo ci opatrunki spadaja. Zaraz w szpitalu będziemy.
- W jakim szpitalu? A staruchę zatłukłeś?
- Doktor, co ty pierdolisz?- Kazio wytrzeszczył gałki zadając kłam biologom twierdzącym że oko gekona jest ufiksowane najbardziej na zewnątrz czaszki. -Dziewczyna ma złamaną nogę, chłopak trochę krwawi z brzucha, dałem mu Gelafundin, chirurdzy juz na niego w SOR czekają – ale dawno nie widziałem żeby ktoś tak ładnie łbem pierdolnął we framugę. Co cię podkusiło żeby w tych ruinach biegać?

read more…


cisza na blogu

Written by admin on Mar 15 2010

Ubywa czytelników, ubywa komentarzy. Wygląda na to, że mój blog jest coraz mniej ciekawą lekturą. Nic dziwnego, jest odbiciem życia, a ono właśnie takie odczucia ostatnio we mnie budzi.

Udało mi się wreszcze zdobyć przekładnię do rowerowego prędkościomierza marki Huret. To był mój pierwszy tachometr przy Wagancie, w swoim czasie niezły szpan… W końcu się uszkodził, chyba nawet wiem, dlaczego. Potem był inny, wkrótce wysiadł, dalej – komputerek, którego nigdy specjalnie nie pokochałem. Już choćby dlatego, że nawalają mu znienacka baterie i gubi wskazania przebytej drogi.

Tak… wkrótce będę mógł znów zainstalować swój ukochany tachometr. Tylko czy można zatrzymać czas? Nie pozwolić mu uciec w nicość, tak jak ginęły mi przejechane kilometry przy wyładowaniu się baterii?

No i problem praktyczny: chcę zamontować przednią piastę z prądnicą. Czy da się pogodzić z przekładnią prędkościomierza? Bo własna elektrownia w rowerze to jedno z dawnych marzeń (dziś o tyle aktualniejsze, że mam aparat cyfrowy). Prędkościomierz spełnił się dużo wcześniej… Czy można pogodzić stare marzenia z nowymi?

Niech już będzie wiosna. Trzeba szykować nowy rower. Trzeba się szykować do nowego życia.

read more…

cień wspomnień

Written by admin on Mar 15 2010

Kupiłem sobie dziś DVD z filmem  Nie lubię poniedziałku.

Ciekaw jestem tylko, czy odnajdę w nim to, co przed laty…

read more…

słońce w zenicie

Written by admin on Mar 15 2010

Jakoś tak mi chodzi dziś po głowie piosenka… Któż ją śpiewał, jaki miała tytuł?

Internet bywa cudownym narzędziem. To taka Biblioteka Jagiellońska z doskonałym katalogiem, przeniesiona na moje biurko… Z zapamiętanych fraz natychmiast wyłonił się autor tekstu.

Słońce stanęło w zenicie:
oglądam się na przebytą drogę:
to ma być moje życie?
Patrzeć się na to nie mogę!

Do pieca, miłosny zeszycie!
Do pieca, listy – stos cały!
A żeście z ognia powstały,
więc w ogień się obróćcie!

Bo to dwa wiersze Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Znalazłem też informację, że jej poezję śpiewała Krystyna Janda, ale nie wiem, czy to właściwy trop.

Jeszcze tak niedawno byłem młody. Słuchając wówczas tej piosenki, myślałem o kobiecie, która skarży się w niej na swój los: życie w połowie i nie bardzo jest na czym zatrzymać wzrok, spoglądając wstecz. Miłosne uniesienia, drzemiące gdzieś w szufladzie na pożółkłych kartach papieru, przywołują tylko gorycz, lepiej do nich nie wracać.

Niedawno? To był świat, w którym jeździły Syrenki, milicyjne suki; komputery służyły do poważnych zadań i zajmowały wielkie szafy.

Dziś nad Daną słońce stanęło w zenicie. Wtedy miała kilka lat…

Kto to śpiewał? Kto jeszcze pamięta?

read more…