Nindża ma być twarda
To jest fakt znany i ogólnie do wiadomości przyjmowany. Ponieważ chce być nindżą – postanowiłem twardym być. Co prawda pozycja Białego Nindża jest już zajęta, ale na ten przykład nikt nie mówił o grubym. No to ja będę pierwszym białym grubym nindżem.
Ponieważ cunning plan obejmuje przebiegnięcie 10 km poniżej 1 godziny jeszcze przed wakacjami, postanowiłem zbliżyć się do celu małymi kroczkami. Pierwszy, przetruchtanie byle jak 1 godziny powiódł się w zeszłym tygodniu. Podochocony nieco mocą własną rzuciłem się na drugi cel pośredni – zrobienie 5 km poniżej 30 minut. I tu zaczyna się dzonk. Pierwszą próbę przerwała mi małażonka zaniepokojona odgłosami zarzynanej szkapy którem wydawał na bieżni obok. Co prawda było to po 20 minutach więc szans bladych nie było żeby jeszcze dziesięć pociągnąć, ale chwała Panu – mam na kogo zwalić. Drugie podejście wykonałem samotnie. Tum zastosował tak zwany myk psychologiczny – że ja wcale to a wcale nie zamierzam tych pięciu kilo zrobić. Potruchtam sobie ile dam rade i pójdę popływać. Oszustwo udało się połowicznie. Po przebiegnięciu 4 km w 23′55” dotarło do mnie że niezależnie jak na to patrzeć – czy że to tylko kilo – czy też że to tylko 6 minut – za cholere nie przeżyję.Ale dobre i choć co. Ostatecznie jak by mi kto jeszcze pół roku temu powiedział że ja wytrzymam tempo 10 km/h na dystansie 4 km to bym mu w czółko popukał z emfazą.
Dzisiaj podjąłem próbę trzecią – z założeniem że zwolnię po dziesięciu minutach na chwilę coby dech odzyskać i do finiszu przystąpić – ale wszystko szlag trafił bom se wczoraj drineczka wypił. Nie wiem o co chodzi, ale wystarczy lampka wina w dzień poprzedni żeby zamienić mnie w niewydolny oddechowo i krążeniowo wrak ludzki w trakcie wchodzenia po schodach. No nic, trzeba będzie systematycznie do tego podejść. Ale mam ochotę jeszcze w styczniu popełnić posta o zwycięstiw masy nad przestrzenią – czyli, nieco mniej górnolotnie o zwycięstwie stu kilo nad 5 kilometrami.
Jakieś trzy miesiące temu nasz dzidź młodszy zapodał konieczność gry w tenisa. Z tegoż powodu zmieniliśmy klub z małego i przytulnego – na wielki, choć wcale nie nieprzytulny. Głównym plusem jest 7 krytych kortów tenisowych z różnymi nawierzchniami na których adepci mogą sobie trenować backhandy i zwichać kostki. Ponieważ dzidź nie może być członkiem racket jeżeli rodzice takowego nie posiadają, niechcąco zostaliśmy tenisistami.
I tu dochodzimy do clue programu: w ramach członkostwa należy się nam pięciotygodniowy program fast track w czasie to którego nauczą nas który koniec rakiety służy do czego i jak machać żeby się nie uszkodzić. Pierwsze wrażenia couch potatoe w średnim wieku jest bardzo miłe. Ot, trzeba machnąć rakietką trzymając za koniec wąski, a szerokim – nigdy odwrotnie – przebić piłeczkę na drugą stronę. Po piętnastu minutach poprosiłem trenera coby mi dał rakietkę bez czarnej dziury. Jak to – bez? No normalnie – żeby w rakietce nie było czarnej dziury, co to jak widzi piłkę to sie otwiera i pozwala piłce przelecieć na wylot. Okazało sie że takich nie ma. Dziwna sprawa.
Ponieważ trenowaliśmy forehand ostatnio, więc w szale dzikiego marnotrawienia pieniędzy zakupiliśmy dzisiaj piłeczki tenisowe sztuk 3 coby jutro prywatnie sobie po korcie pobiegać i potrenować chwyty pokazane nam w sekrecie. Jako że rezerwację robiliśmy dzisiaj – jedyną wolną godzina była ósma rano. Co oznacza że będę musiał wstać o siódmej…
…słabo mi…
