Licence to kill

Written by admin on Jan 21 2010

- Abnegat, mamy dziecko do transportu – zagadał ulegle głos znajomej doktorki z neonatologii.
- No to macie problem – westchnęło mi się filozoficznie. Odkąd dyrektor zarządził że pogotowie nie może transportować chorych bo jest do ratowania życia na miejscu – a przekonało go nie nasze dwuletnie ględzenie tylko jednorazowa kara finansowa nałożona przez NFZ – oddział wysyłający chorego musi zabezpieczyć doktora i pielęgniarkę.
- No i ten tego bo jednakowoż… – wyłuszczyła do końca swoja prośbę.
- Taak? – udałem zupełnie głupiego.
- Sama jestem, a mamy przyjęcie w Klinice uzgodnione. Pojechał byś? – wykrztusiła wreszcie zwerbalizowaną prośbę. Hm. W zasadzie siedzieć mi się nie chce, na oddziale pustki, znieczuleń nie mamy… Szybka wymiana informacji z szefem zakończyła się westchnieniem “to jedź”.
- Macie woźnicę. Ale pielęgniarkę musisz załatwić od siebie.
- Już mam – ucieszyła się neo. – Za ile podjedziecie?
Kkurcze. Wiem że jak człowiek na pogotowiu spędza każdą wolną chwilę to sie go postrzega jako instytucję transportową, ale bez przesady mi tu.
- Zgłoś transport na pogotowiu. Zapytaj za ile dadzą karetkę. I daj znać kiedy mam przyleźć.
- Łomatko – złapała się za głowę neo – to że ja od czego mam zacząć?
- Czekaj chwile… Oddzwonię za pięć minut.

Po krótkiej rozmowie ze stacją ustaliliśmy że wyjazd będzie za pół godziny. Przekazałem informację do neo i polazłem dzidzia oglądnąć. Ostatecznie dobrze jest wiedzieć co do transportu zabrać. Okazało się że dzidź jest z przetoką tchawiczo-przełykową, zarurowany, zasondowany, dycha se sam i jedzie na zabieg coby mu to zamknąć. Kul. Zebraliśmy wszystko do kupy, sprzęt, leki, papiery, nawet żarcie – po czym zapaliliśmy sygnały i niespiesznie pojechali do Świątyni Wiedzy.

Siedzę sobie z tyłu, dzidzia śpi, pielęgniarka barz fachowo na monitory luka – co mnie podkusiło żeby z tyłu jechać? Już mi paluszki drętwieją, a zanim dojadę do miasta zamienię się w wazowagalne zombi. Co objawia sie u mnie defokalizacją, bradykardią 30/min i ogólną niechęcią to wysiłku jakiegokolwiek, z umysłowym włącznie.

- Ożkurwaaaaa!!! – okrzyk Dzikiego wytrącił mnie z ponurych rozważań. Autem miotnęło konkretnie, usłyszałem odległy huk i stanęliśmy.
- Co jest? – udarłem się w stronę kabiny.
- Ożkurwakurwakurwa….. – cichnący w oddali dźwięk wpierniczonego Dzikiego jednoznacznie wskazywał na głębokie zaangażowanie emocjonalne. A to ci dopiero…
- Kazik, idź no tam zobacz co rozjechał i daj znać co jest potrzebne. Tak na marginesie, masz walizkę?
- Niee – odpowiedział, wyskakując z samochodu. -Toż transport mamy…

- Doktor, chodź no tam.
- Proszę z nim zostać – powiedziało mi się bez sensu do pielęgniarki – wrócę za moment.
W rowie leży sobie śliczny samochodzik – znaczy śliczny to on już był – a koło niego miejscowy proboszcz i jeden z jego ministrantów.
- Co się stało?
- Nnaa szczęęśście niccc – dzielnie rzekł proboszcz.
- A chłopiec?
- Mi się też nic nie stało, proszę pana – odrzekł zupełnie niezestresowany młodzieniec.
Odwróciłem się do Kazia.
- To w zasadzie na co ja tu?
- No bo – karty trza założyć, pacjentów zbadać…
Podrapałem się po głowie.
- Kaziu, wołaj stację, niech przyślą wypadkową. Dziki, zapytaj tego w Żuku czy ich nie potrzyma w kabinie przez parę minut. A Panów – zwróciłem się do uczestników saltomortadele – proszę do karetki.
Ksiądz odmówił, twierdząc że zdrów jest i cały, chłopiec okazał się być zdrowy i nienaruszony… Całe szczęście że niektóre wypadki kończą się tak właśnie.
- Jedziemy.
- Ale bo ja – to tu policja chyba muszę czekać? – niezbyt gramatycznie określił się Dziki.
- Transport mamy. Nie będę czekał ciort wie ile na nich z kilkudniową dzidzią w samochodzie. Nie bój nic – jak wrócimy to cię znajdą.

Z rekonstrukcji wynikło że jadący przed nami kierowca TIRa słysząc sygnały stanął na ślepym zakręcie. A Dziki, zamiast wysiąść z wozu i dać mu po łbie – wziął się za wyprzedzanie. I nadział się wprost na nadjeżdżającego księdza proboszcza. Któren to musiał mieć wsparcie odgórne w trakcie zdarzenia bo z wózka została obita puszka po konserwach – a ani jemu, ani pasażerowi literalnie nic się nie stało.

Transport minaął bez dalszych niespodzianek. Po powrocie zastaliśmy policjantów na pogotowiu z gotowym mandatem opiewającym na dośc konkretne wtedy 200 pln. Dziki się zjeżył – on płacił nie będzie. Transport był na sygnałach, winny kierowca TIRa bo stanął jak dupa. I przyszedł do mnie.
- Doktor, trza mi świadka do zeznań a potem w sądzie. Poświadczysz?
- Dziki, poświadczę. Tyle że się nad tym zastanów – bo wina w końcu jest twoja. I w sądzie prawdopodobnie przegrasz. A tam nie dostaniesz dwóch stówek tylko ci dowalą dwa klocki na ZBOWID.
Dzikiemu jeszcze trochę zeszło zanim mu piana spadła – ale jak doszedł do siebie to dwie stówki wyciągnął i zapłacił.

Sygnały dają pierwszeństwo pojazdowi uprzywilejowanemu, to na pewno. Ale to nie znaczy że pozwalają na robienie głupich rzeczy.


Czytaj Dalej

Inne Wpisy



Post a Comment :-