A kiedy przyjdzie na ciebie czas
- Co mamy?
- Umiera.
- Każdy umiera – nawet my, w tej chwili… A w zasadzie to na co?
- Doktor, tyle Dziunia przekazała. I jeszcze że się strasznie darli.
No, to sprawa jest poważna.
Wbrew pozorom „umiera” nie jest wezwaniem jednoznacznym. Prócz dość zrozumiałych przypadków jak utrata przytomności, ofiary wypadków czy terminalnie chorzy zdarzały się również padaczki, bóle miesiączkowe czy ciężki kac. Co potrafię zrozumieć jako że od czasu do czasu prowadzę nocnych Polaków rozmowy przy Monastyrce, która swą pięćdziesięciokonną mocą oraz śliwkowym aromatem onduluje włosy i rysuje szkliwo.
Zawyły sygnały, ryknął silnik i statecznie wytoczyliśmy się na główną drogę. Szybciej się nie da bo w polskim wynalazku karetkopodobnym jest tyle mocy ile jest. Czyli mało na tyle że w zasadzie można pominąć. Jak to mówił jeden z myślicieli: „W próżnie to i Salomon nie naleje”. Na szczęście droga dojazdu prosta jest, żadnych gór dookoła, więc już po paru minutach osiągnęliśmy oszałamiające 90 na godzinę. Milcząco zapytałem czy kurzymy. Długi wziął, przypalił i podziękował skinieniem głowy. Rozmowa w kabinie gdzie trzęsące się blachy produkują 100 dB mija się z celem.
Po dobrych dwudziestu minutach znęcania się nad materią dojechaliśmy na miejsce. Zwyczajowo potraktowałem drzwi z bodiczka – ostatecznie podgląda sie mistrzów hokeja – i wyskoczyłem na podwórko do nerwowo nastrojonego jegomościa w wieku średnim.
- Co się dziej?
- Tamtamtamszybkoszybkobosiękończy! – zamachał ekspresyjnie nad podziw i przejmując rolę pilota-pchacza skierował mnie na pierwsze piętro. W pokoju leży sobie babcia staruszka. Dychać dycha, choć byle jak.Ciśnienie byle jakie. W płucach trzęsienie ziemi. Skóra sucha. Kontakt raczej żaden. Kroplówka jakowaś podpięta wisi. Podrapałem się po łbie.
- Ośrodkowy był?
- Byłbyłalenicniezrobił!
- A babcia od kiedy taka?
- A bedzie już trzeci miesiąc! – mój interlokutor zaczął używać spacji w czasie mówienia. Dobre i choć co. -Odkąd my jo wzieni po udarze to tak leży.
- Czyli – że ona w łóżku od trzech miesięcy?
- No tak!
- Pokażcie karty.
Chłop przyniósł karty szpitalne. Babcia lat 93 wypisana faktycznie po udarze niedokrwiennym do domu… Sprawdziłem kartę informacyjną ośrodkowego – zadziwił mnie chłop. Wziął się ostro za stawianie babki na nogi.
- A czego oczekujecie ode mnie?
- Bierzeciejom doszpitala! – zaś mu spacje zaczęło zjadać.
- Ale na co? Zasadniczo umiera – i nikt jej wiele nie pomoże. W tym stanie i wieku na intensywne leczenie się nie kwalifikuje a na internie umrze sobie w tym samym tempie co w domu.
- Łojezusiemaryyyyjo!!! – zaniósł się wrzaskiem -Tocojomom roooobić!!!
Zastosowałem wariant odwrócenia uwagi.
- Ksiądz był?
- No nie. – Najwyraźniej manewr się udał. Nie dość że mu spacje wróciły to jeszcze wykrzykniki znikły.
- To na co czekacie?
Wytłumaczyłem raz jeszcze że cudów na tej planecie dokonywał tylko jeden człowiek, którego zresztą 1/3 ludzkości uznaje za Boga – ale niestety nie przyjedzie z przyczyn wiadomych. Zostawiłem kartę informacyjną z diagnozą status kitatus i pognałem do karetki jako że dyspozytor uznał sraczkę za zagrożenie życia.
Gdzieś pod wieczór odwiedziliśmy to miejsce raz jeszcze, żeby wypisać kartę zgonu. Kupa ludzi, ubrani na czarno, powaga na twarzach. I pamiętam wzrok mojego rozmówcy – który patrzył na mnie z niemym wyrzutem.
Najwyraźniej nie uwierzył że nie potrafimy dokonywać cudów.
