doktór wrócił z gór
z reklamówką pełną borowików.

No zgoda, grzyby ma się zbierać do koszyka, ale nie były w planie. A okolica chyba grzybowa, bo kierowca autobusu wręcz się pytał, czemu ja bez koszyka. I w ogóle tak fajnie w lokalnym autobusie i na ostatnim przystanku. Ludzie życzliwi, każdy pogada. Dzieci pozdrawiają obcych.


Poranek był mglisty, jeszcze z okien autobusu obserwowałem takie widoki.
Ledwo nazbierałem borowików (wszystkie przy drodze, kawałek od autobusu), jedna po drugiej wysiadły mi wszystkie baterie do aparatu. Włożyłem parę z latarki, na jakiś czas był spokój. Potem – definitywny koniec. Z radia? Bez szans, tam wylądowała para, która nawet zaraz po naładowaniu jest do aparatu za słaba. Tak się jej przysłużyła doktorska latarka. Trup czasem ożywa ku przerażeniu pracowników kostnicy. Doktór się jednak ucieszył, kiedy jedna z par zdechłych baterii, ponownie włożona do aparatu, zamiast odmówić pracy po dwu zdjęciach, pozwoliła ich zrobić grubo ponad 100!
Doktór se baterie ponumerował. I dlatego wie, na które może liczyć. Ósemka miała wytrysk nasienia i chyba trafi do chińskiego kalkulatora (niżej już upaść nie można).
Zdjęcia skopiowane na domowy dysk. Omyłkowo nie zostaky zmazane z karty. I dobrze, bo jutro dyżur, to się coś wrzuci.

Cel – była nim stacja Varín – osiągnąłem już o zmroku.
