Wieża Babel

Written by admin on Mar 08 2010

Człowiek to sobie zawsze biedy napyta. I to niezależnie od intencji. Było mu dobrze? Mógł się dogadać? Mógł. No to wziął się za wieżę Babel i co z tego wynikło każdy jeden wie. Bramborowe hrynolki na ten przykład. Które to u naszych sąsiadów robią za frytki, ale za to brzmią radośniej jakby. Szczególnie dla polskiego ucha. Albo parek w rohliku.

Ponieważ dobry Pan Bóg wpierniczony ludzkim chciejstwem pomieszał im we łbach, każdy teraz gada jak chce. Tu akurat mam wrażenie że na wyspie mieszał bardziej niż gdzie indziej, bo żeby tak każda wioska miała swój dialekt? Przedziwne. Szczególnie że teraz na świecie można spotkać ludzi co to są spikerami natywnymi j.angielskiego – a dogadać się nie mogą. Na przykład Australijczyk z Północnoirlandianinem.

Stąd rola tłumacza ważna jest. Może taki przyjść i jedne dźwięki bełkotliwe przełożyć na inne. Co prawda równie bełkotliwe ale innego rodzaju. Dzisiaj trafił mi się Czech. Wielkie chłopisko z popsuta nogą i niewielka znajomością angielskiego. Z dawnych czasów pamiętam że ze Słowakami jakoś prościej było. Nawet przekleństwa mieli podobne. Wiem, bom im sprzedał Janosika za Wołodyjowskiego. Jak by się nad tym dobrze zastanowić to interes dziwny, ale po bliższym przyjrzeniu się tak na prawdę uratowałem Ikonę Polskiej Martyrologii.

Idziemy sobie kiedyś przez Demianovskie Jaskinie a tu miła dzieweczka,z buzi całkiem ładna – o biuście dzisiaj nawet się nie zająknę – mówi że „to je homnata vielikiego Slovackiego bohatyra, Janosika”. Mowę nam odebrało. Przecisnęliśmy się do przodu i ja pytamy cegój ona nam tego Janosika zabrała. A ta nic. Druh mój serdeczny w piersi się bijąc zaklinał że z jego młodsza siostra chodził do jednej klasy, ale kobieta była nieubłagana. Olała nas totalnie dyskusji nie podejmując.

Ze zgryzoty że wszystko cośmy w telewizji widzieli to jedna wielka bujda, zakupiliśmy dużą ilość rozważacza – o ile pamiętam to był Urquel i Zlaty Bażant – i zaczęliśmy rozważać. Po pierwsze primo to Janosik po polskiemu gadał. Więc on ci nasz. Po drugie – primo – Maryna to była nowotarżanka. Bo tylko tam się takie dziouchy rodzo, ludzkiej mowy nie ma żeby ona była z Płocka. Po trzecie – Dymna. No jak Dymna jest słowacka księżniczka to ja jestem Hortensja Bizantyjska. Sam słyszałem jak wywalała na pysk zbity durnych chłopów, co to się im zbójować zachciało, mówiąc „Do widzenia” a nie żadne „Na Shledanou”. W końcu policzyliśmy wszystkie za i przeciw – co było łatwe bo przeciw nie było wcale – i stwierdziliśmy że trza to naprawić. Akurat okazja się trafiła bo dookoła palili ogniska sami Słowacy – -jako że to słowacki camping był. Tak wiec wzięliśmy rozważacze i poszliśmy do sąsiadów coby im we łbie rozjaśnić. Siedliśmy, wymieniliśmy dary – my im słowackiego Bażanta, oni nam polska Śliwowicę – i zaczęliśmy dyskusję. Im dalej w las – tym mniej było miło bo nasi oponenci za cholerę nie mogli zrozumieć naszych argumentów tylko wytaczali swoje. Nie trzeba nadmieniać że zupełnie bez sensu. W końcu, gdy dyskusja osiągnęła stan zbarażowsko-podbipięcki, jeden ze Słowaków wstał, dziubnął mnie paluchem i mówi tak:
- A Wołodyjowski to niby kogo – nasz czy wasz?
Zdrętwiałem. Gore! Jeszcze nam Michała wezmą – inna rzecz że akurat on mi specjalnie nie leżał, mały taki jakiś i ogólnie nieseksowny – ale pewnikiem z Hajduczkiem beda chcieli brac. Tum zagotował szczerze i pokazując zgubione arbuzy powiedziałem spod wątroby basem grobowym:
- Wo.Ło.Dy.Jo.Wski.Nasz.
- No – zgodził się mój interlokutor. -A Janosik nasz.

Musiał to być polityk pierwszej kategorii bo nie dość żem Janosika oddał bez walki to jeszczem się cieszył ze zwycięstwa. Dopiero mi rano kumple uświadomili że wyzułem nas z narodowego dziedzictwa.

Tak wiec siedzę sobie dzisiaj a tu ostatni pacjent na liście okazuje się być Czechem. Hm. Czeskiego to ja poza wymienionymi wcześniej przykładami rozumiem raczej niespecjalnie. Wiec będziemy gadać przez tłumacza. Pytam się czy miał jakie znieczulenia – tłumacz się pyta czy miał jakie operacje. On mówi ze miał jak był mały ale nie pamięta. Tłumacz mi na to że on nie miał. Pytam się czy ma jakie alergie. Tłumacz się pyta czy on brał kiedy cosik co mu zaszkodziło. Gościu na to że on tego co mu szkodzi – to nie je. Na co tłumacz mi mówi że on alergii nie ma. Taak. Przeszedłem na polski i zapytałem się grzecznie czy on naszą mowę rozumie. Że trochę tak. Na co ja mu że czeski i owszem – ale musi pomalutku gadać. Po czym żeśmy se pogadali szczerze i od serca, pośmialiśmy się z rzeczy różnych a na koniec tłumacz podał mi grabę, skasował 120 funciszów za przysłuchiwanie się rozmówkom czesko-polskim i polazł w cholerę. Era samoobsługi. Jak se przypomnę babkę co ostatnio przyszła z tłumaczem suahili to mi się dupa marszczy na myśl samą co też tak naprawdę myśmy się dowiedzieli o sobie…

Istnieje teoria że Diabeł zawsze robi Panu Bogu wbrew.
Pan Bóg wymyślił zdrowy tryb życia – Diabeł wymyślił pilota do telewizora.
Pan Bóg wymyślił zdrowe odżywianie i warzywa – Diabeł popcorn i frytki.
Idąc tym tropem, skoro to Pan Bóg pomieszał języki, tłumacz musi być pomiotem sił nieczystych.

read more…

Noc Kupały

Written by admin on Mar 08 2010

Kowalik siedział w dyżurce i cholery jasnej dostawał. Jak trzeba coś komuś wziąć – to do Kowalika. A jak Kowalikowi coś jest to nie ma nikogo żeby przyleźć na zastępstwo. W sumie nic ważnego nie miał, ot spotkanie z kumplami. Jego ex zabrała dzieci do kochanej mamusi stąd nieoczekiwanie zrobił mu się wolny weekend. Dusił w sobie to cholerstwo przez cały wieczór aż w końcu dotarło do niego że go w końcu wścieklizna zabije. Dość tego, trzeba się gdzieś przejść. Wygrzebał z plecaka portfel i pognał do sklepu. Już mu się raz trafiło że przespał porę otwarcia paśnika i potem wtranżalał całą noc hotdogi z pobliskiej stacji benzynowej. Nie żeby coś miał przeciwko parówkom w bułce ale jego podniebienie z trudnością tolerowało papier toaletowy pomieszany z psiną w czwartym gatunku.

- Panie Kaziu, do kiosku idę.
- Dobrze doktorze. Póki co spokój, może tak do rana będzie? – Kowalik skrzyżował palce i wyszedł na zewnątrz. Zapadał zmierzch. Gorące powietrze czerwca nabierało ciekawej barwy – zaciągnął się głęboko, przed oczami stanął mu widok egipskiego lata. Zupełnie jak tam, rozmarzył się. Ech, trzeba będzie polecieć…
- Co dla pana, doktorze? – głos pani Krysi, żartobliwie zwanej jedyna żywicielka, ekspresem przeniósł go z Egipskiej plaży do kraju nad Wisłą.
- A co dzisiaj szef zakładu poleca?
- Mam klopsiki w occie… – zawiesiła głos Krysia.
- A próbowała to pani?
- No nie, myślałam że to na panu przetestuje.
Szczerość w naszej firmie to norma, zamisiowało się Kowalikowi. Popatrzył podejrzliwie na zawartość słoika i po chwili zastanowienia go oddał. -Jakoś nie bardzo jestem dzisiaj nastawiony na eksperymenty. Żółtego wezmę, chleb i – o, rolmopsiki pani ma? A kielecki też?
Zapakował wszystko i wrócił na stacje. Nie ma to jak śledzik na kolacje. W dodatku z wsiowym chlebkiem – od razu poprawił się mu humor.

- I jak było?
- A jak miało być? – Kowalik wyjątkowo nie był w nastroju konwersacyjnym. -Zadupie na końcu świata, cała banda pijana, nikogo na drodze – jasnej kurwicy idzie dostać. Idę spać, póki mnie szlag nie trafi. Tylko łapnę świeżego powietrza. Gdzie motorolka?
Pogotowie dostało ostatnio w ramach poprawy łączności dwie przenośne radiostacje, używane teraz głównie przy wypadach do sklepu. Ot, zamiast się drzeć przez podwórko, wystarczyło zapodać „eRRR do wyjazdu!”. A jaki szpan w sklepie…

Kowalik wspiął się po drabince p.poż. i ostrożnie uniósł klapę. Miejsce to wynalazł kilka tygodni temu, można było spokojnie i bez nerwów zaciągnąć się dymem nie będąc automatycznie w obowiązku konwersacyjnym. Co w zasadzie mu nie przeszkadzało, ten obowiązek, ale czasem potrzebował samotności. Zapalił i zapatrzył się w noc. Mrugające światełko samolotu przesuwał się wolno na południe. Szczęśliwcy. Pewnie gdzieś na wczasy lecą… A gdzie Wielki Wóz? O tu jest. Orion? Zaraz, powinien być gdzieś tam… Starając się znaleźć odpowiednie miejsce zlazł z dachu na mały daszek i obszedł budynek. Nagle w pokoju który minął zapaliło się światło. Kowalik odwrócił się i zamarł. Do pokoju weszła młoda – lekarka chyba? Toż w naszych ciuchach jest. Ale że tu jest dyżurka? Może coś nowego przygotowali dla czwartego składu. Dziewczyna zdjęła kurtkę, buty, przeglądnęła się lustrze i zaczęła się rozbierać. Kowalik chciał iść – i nie mógł odwrócić wzroku. Stojąc w samej bieliźnie nieznajoma przyglądnęła się swojemu odbiciu raz jeszcze, nieznacznie przechylając głowę i rozpięła biustonosz. Po czym, jak gdyby zdając sobie sprawę z obecności obserwatora, powoli obróciła się do okna. Nie wykonał żadnego ruchu. Patrzył jak zahipnotyzowany. Dziewczyna zamarła na chwilę po czym powolnym, miękkim, wręcz kocim ruchem zsunęła ramiączka, biustonosz osunął się na ziemię, wsunęła palce pod gumkę majtek i kontynuując ruch stanęła przed nim naga. Kowalik przestał oddychać, doświadczał obcowania z apoteozą piękna na najbardziej podstawowym dla mężczyzny poziomie. Nie odwracając wzroku, w tym samym zwolnionym tempie, dziewczyna wyciągnęła rękę do wyłącznika i w pokoju zapadła ciemność.

Gdy Kowalik doszedł do siebie, bezszelestnie wrócił na dach, uniósł pokrywę i mało nie skręcając karku zlazł na dół. Cholera, kto to był?

- Ale nam w dupę dali, nie doktorze? – zagadał przyjaźnie Kazimierz odbierając wypełnione karty wyjazdowe od Kowalika.
- Masakra. Osiem wyjazdów w nocy, tego chyba jeszcze nie miałem. A inne składy jak?
- Też jeździli. „W” nawet dwa wasze wyjazdy zrobiła.
- A jak ta nowa? Dała sobie radę na czwartym? – Kowalik z miną pokerzysty rozpoczął wywiad.
- Jaka nowa? – pan Kazimierz wytrzeszczył oczy. -Na czwartym jeździł Porawny, powiedział dzisiaj rano że ma dość i na emeryturę wraca. A trójką Zalewski pojechał do Krakowa, dzwonili przed chwilą że jeszcze czekają na przyjecie…

read more…


Historia Wielkanocna

Written by admin on Mar 08 2010

Janek stał z boku, starając się nie przeszkadzać. Wokół łóżka pacjentki rozgrywał się chaotyczny na pierwszy rzut oka taniec personelu. Gruby masował pacjentkę, co jakis czas przerywał, padał komenda „Odsunąć się!”, Bodzio przykładał łyżki defibrylatora do klatki, padał strzał i Gruby wracał do masażu. Juz kilka razy odmówił zmiany. Dożarty skurczybyk – pomyslał Janek. Bedzie juz ze czterdzieści minut. Janek poprawił zwisającą rękę pacjentki. Wokoło nadgarstka zawiązana była wąska opaska – indiański talizman na szczęście, identyczny jak ten co go sobie przywiózł zeszłego roku z Peru.

- Kończymy – Gruby otarł pot z czoła i zastygł na chwile, wpatrując sie w twarz pacjentki. -Tym razem przegraliśmy. Gdzie papiery?
Pielęgniarka pokazała mu stolik gdzie Bodzio właśnie kończył buchalterię.
- Dokończysz? – Bodzio potwierdził głową i wskazał żuchwą telefon. -Zadzwoń tylko do Płaszowskiego że sekcję potrzebujemy.
Gruby wystukał numer i przytłumionym głosem zaczał rozmowę.
- A ty co tak stoisz! – Zocha bezlitośnie wypatrzyła deklującego sie w kącie Janka. -Szmata i do roboty. Trzeba podłoge pościerać, jasna cholera, zawsz tek napapraja jak nieboskie stworzenia… – jej gderliwy głos zanikł w korytarzu. Nie czekajac na dalsze słowa zachęty Janek rzucił sie do schowka i przygotował mopa. Ścierając podłoge kątem oka widział jak pielęgniarki odklejają elektrody i zasłaniają ciało kobiety białym prześcieradłem.
- Pani Krysiu?
- A ty tu czego!
- A bo tam rurke zostawili, intubacyjną, tej po reanimacji…
- To nawet tego nie wiesz? – wydarła się Krycha. -Na sekcje jedzie to wszystko na miejscu zostaje. Rury, wkłucia, cewniki. No, nie przejmuj sie tak – dodała, widząc minę Janka. -Każdy kiedyś umrze. Ty, ja. Widać tak miała pisane. Pierwszy zgon?
Janek kiwnął głową i wziął się za swoja robote. Jak w szkole stary doktor o tym mówił to sie wszyscy chichrali bo smiesznym sie wydawało mówić o nieboszczyku „zimne nóżki”. Nikt go nie przygotował na radzenie sobie z uczuciem jakie szarpało nim od srodka. Matko boska, młoda babka, świeżo po porodzie… I ciach – nie ma. I nigdy nie będzie. Zamyślony ponuro wykonywał magiczny taniec mopem pomiędzy łóżkami, niepomny zarówno lśniących niklem maszyn, z których większość była dla niego kompletną tajemnicą, jak i wielogłosowego pikania dochodzącego z kolorowych monitorów.

- Przyjecie mamy! – ostry głos Bodzia wytrącil go z transu. -Pani Basiu, musimy przygotować czwórkę, wiozą nam zawał po reanimacji.
- Doktorze, ale co z nią? – Barbara wskazała ręką zmarła. -Toz dwie godziny musi tu leżeć…
- To co mam zrobić? Wysłać tamtego na ginekologię? – zeźlił sie Bodzio. -Te przepisy mnie kiedys doprowadzą do szaleństwa. A mozemy ja postawić na korytarzu?
- Przełożyć na wózek?
- Przełóżmy. Jakiś sądny dzień dzisiaj, wolę mieć wszystko gotowe. – Bodzio znany był z ciężkich dyżurów.
- Janek, chodź tu, pomozesz mi!
Barbara przysunęła wózek, złapała za prześcieradło – Czekaj, nie tak, tu złap, o – i teraz popchnij lekko – Janek zrobił jak mu kazała i poczul ze ktos go łapie za rękę. Krycha? Spojrzał w dół i serce zgubiło swój rytm – zmarła kobieta trzymała go za nadgarstek.
- Noż w morde jeża – nie wytrzymała Barbara – też nam dziwicę orleańska przysłali! Przecież Cię nie zje. Popchnij lekko, mówię – pociągnęła za prześcieradło, Janek, czując że podłoga osuwa mu się spod nóg, popchnał z drugiej strony i nieboszczka zgrabnie spoczęła na wózku.
- Wywieź na korytarz, od strony okna. A – czekaj. – Barbara wyszła z sali, wyprosiła czekających na odwiedziny i wstawiła głowę – Teraz.
Starajac sie nie patrzeć w miejsce gdzie pod prześcieradłem widać było zarys twarzy, Janek wyjechał na korytarz, postawił wózek pod oknem i nie czekając na kolejne Ważne Zadanie uciekł do gipsowni. Byt ostatniej ostoi palaczy był co prawda zagrożony odkąd nowe regulacje antynikotynowe zaczęły histeryczni zdobywać popularnośc, ale póki co ordynator sam tam chodził na jednego koło południa. Janek wyciągnął mocnego, przypalił i ze zdumieniem zauważyl że mu drżą palce. Pewnie od ściskania mopa – odsunał od siebie mysl ze ostatnie wydarzenia wywarły na nim tak duży wpływ.

- Janek!
Znowu ta jedza? Co tym razem…
- Taak?
- Z pogotowia za toba dzwonili. Pytali czy możesz przyjść wcześniej, ktoś tam potrzebuje zastepstwa.
- A mogę?
- No toż się pytam – chcesz zostać u nas czy lecieć do karetki? – Jankowi szczęka spadła. Wcale nie taka zła ta Kryska…
- Jak mogę to polezę na pogotowie. Kumpel jedzie do matki, prosił żebym przyszedł jak dam rade.
- To do zobaczenia jutro – Krycha pomachała mu przez ramie i wróciła do papierów.

- Słyszałem żeś ostra akcję miał dzisiaj? – z niejaka zazdrością zapytał Krzysiek. Kończyli szkołę razem, złożyli papiery do tego samego szpitala i robili teraz praktyki na różnych oddziałach. Z tym że Krzysiek jeździł mopem na internie.
- Spoksik – Janek z lekceważącą miną wydmuchał dym w stronę ciemniejącego nieba. Powietrze jeszcze nie było ciepłe, w dalszym ciągu snieg bielił sie tu i ówdzie po okolicznych sczytach ale czuć było zapach ziemi, pierwszy objaw nadchodzącej wiosny. -Biedna dziewczyna. Mordowaliśmy się z nią ponad godzine. Nic sie nie dało zrobić…
- Masowałeś? – w głosie Krzyśka zabrzmiało zdumienie i podziw.
- N-nie – niechtnie przyznał Janek. -Wiesz, dwóch anestezjologów, pieć pielęgniarek…
- To co robiłeś?
- No, organizacja, wiesz, strzykawki podawałem i w ogóle…
- Kurcze, tobie to dobrze. Ja tylko mam kupy w basenach i siki w kaczce – wyznał z wyjątkową jak na niego szczerością Krzysiek.
- Przesrane.
- Przesrane.
Zacięgnęli się raz jeszce po osklepki. Wchodząc na stację napotkali Jadwigę. Sekretarka pogotowia, prawa ręka pierwszego po Bogu a jak niektórzy złośliwi twierdzili w rzeczywistości rządząca pogotowiem. Jak zawsze nienagannie ubrana, z delikatnym makijażem. Połowa chłopów w szpitalu ukręcała sobie na jej widok łeb, druga połowa się do tego nie przyznawała uprawiając zezing zakamuflowany.
- Panie Janku, mam prośbe…
- Co moge dla Pani zrobić? – prośbom Jadwigi się nie odmawiało, chyba że ktoś chciał mieć Wielkiego Szlema w jednym roku. Czyli spędzić Wielka Niedziele, Lany Poniedziałek, Wigilię i Sylwestra na dyżurze.
- Potrzebuję z archiwum historie choroby – tu pan ma numery. Dzwoniłam juz do archiwistki, jedzie z domu, powinna być za pare minut – gdyby był pan tak dobry i przyniósł to dla mnie?
- Alez oczywiście – usmiechnał sie promiennie. -A gdzie to jest?
- Nie był pan tam jeszcze? Hm. Najprościej to schodami od głównego przejścia zejść na -2, w lewo za strzałkami do prosektorium i jak pan je minie, to drugie drzwi po lewo. Zresztą, jest tam duża tabliczka, znajdzie pan.

Janek zbiegł szybko klatka na -1 i zwolnił – cholera jasna, światło szlag trafił. Nacisnał guzik pare razy ale niewiele to zmieniło – schody idące w dół skryte były w gestniejącym półmroku. Zaraz se tu kulasy połamie – pomyślał i strając sie wymacywać drogę przed sobą schodził krok za krokiem w dół. Z góry dochodził słabnący coraz bardziej odgłos wieczornej krzątaniny szpitala. Janek doszedł w końcu do drzwi na -2 i zaczał szukać klamki. Zaraza… Wyciągnął pudełko i potarł zapałke. Suchy trzask zabrzmiał wyjątkowo głośno. A – po drugiej stronie – zorientował sie że próbował otworzyć drzwi od strony zawiasów. Nacisnął klamkę i wszedł do korytarza. Wielka strzałka z napisem prosektorium zakołysała sie w migotliwym świetle. Janek zdążył jeszcze wypatrzeć kontakt i przeciąg zgasił przypalającą palce resztkę zapałki. Auć – podmuchał i w ciemności ruszył w kierunku wyłącznika. O – jest. Nacisnął, przez chwile nic sie nie działo po czym w oddali kliknał przekaźnik i w korytarzu zapaliły się dwie żarówki. Mdłe światło dwudziestek piątek odepchnęło ciemność. Janek, pogwizdując, ruszył w stronę zaproponowaną przez prosektoryjny drogowskaz. W korytarzu rozeszło się echo jego kroków wymieszane z dziarskim marszem Pierwszej Brygady. Na końcu korytarza zamajaczyła ściana, Janek rozglądnał sie po okolicznych drzwiach i nie widząc Prosektorium doszedł do końca. A – to dalej tu się idzie. Popatrzył wstecz. Nieruchomy korytarz czaił sie za nim więc nie zastanawiając sie zbytnio skręcił w lewo. Tu paliło sie tylko jedno światło. Żarówka na odległym końcu chwiała sie nieznacznie w przeciągu. Janek przyspieszył. Weźnie tą cholerną historie choroby i wraca. Co za miejsce ponure… Minał wózki koło prosektorium i stanał w świetle pod samymi drzwiami archiwum. Usmiechnał się zawczasu, nacisnął klamkę i omalże nie zaklął. Zamknięte. Jescze nie przyjechała. No nic, poczeka. Oparał się o ściane, wyciągnął papierosa, przypalił. Wydmuchujac dym popatrzył w ciemny korytarz. Powidok zapalonej zapałki zatańczył zielonym cieniem. Co to sie człowiekowi zwiduje… Zaciągnał sie jeszcze raz i zauważył że na jednym z wózków poruszyło sie prześcieradło. Czując że krew odpływa mu do nóg przypatrzył się dokładniej – a, to przeciąg tak rusza prześcieradłem… i przesuwa go na bok… spod którego wystaje drobna dłoń… Z uczuciem narastającej paniki Janek poznał charakterystyczną opaskę. Przeciąg wzmógł sie, żarówka zatańczyła pod sufitem a przeciąg zaczał zsuwać prześcieradło z twarzy nieboszczyka, odsłaniając pół czoła i dochodząc do brwi. Wystający spod prześcieradła wskazujacy palec zgiął sie nieznacznie wzywając do podejścia… Janek, czując jak paraliżująca panika obezwładnia mu nogi, wydał z siebie skrzek przerażenia i runał w ciemny korytarz.

- Jak to – nikt nie czeka? – Jadwiga z oburzeniem rzuciała do słuchawki. – Zaraz tam przyjdę.
Niech no tylko mi w łapy wpadnie ten obibok – Święta Wielkanocne ida, zaraz mu znajde zajęcie…

read more…

ch–owy koniec dyżuru

Written by admin on Mar 08 2010

No, jeszcze nie koniec.

Był nocny wyjazd do wymiany cewnika. Niedaleko, ale tą drogą w życiu nie jechałem. Rzadko mi się coś takiego zdarza… Zaraz sobie popatrzę na mapy google. Niech już będzie wiosna! Chciałoby się na rower i w ogóle w teren…

Cewnikowanie poszło gładko, choć pacjenta trochę bolało. Najważniejsze, że nie ma złej choroby. Tylko przerost stercza.

Pani pacjentowa dała mi paczkę kawy. Będzie dla załogi, bo ja herbaciarz.

Pora iść spać, żeby mnie jutro Tadeusz nie wyciągał ze śpiwora…

read more…


kiepski finisz

Written by admin on Mar 08 2010

Choć się wyspałem, choć nic ciężkiego nie było – jednak czuję się przybity i rozdrażniony.

Przed południem miałem staruszeczkę z nadciśnieniem. Uwielbia mnie, widzi we mnie swego dobroczyńcę. Dlaczego? Przecież nic specjalnego dla niej nie zrobiłem. Ma częste skoki ciśnienia (zaklina się, że leki zażywa regularnie), pogotowie już nie bardzo chce do niej jeździć, krzyczą na nią. Tak przynajmniej mi mówi. Córka jest zupełnie obca, wroga. Byłem tam raz na wizycie domowej i rzeczywiście odczułem niedobry nastrój, jaki tam panuje. Trochę zmieniłem leki, zapisałem ją do ginekologa – w zaufaniu wyznała mi, że ma wypadanie macicy.

Potem obniżyłem formę. Wkurzyło mnie zacinanie się internetu, a dziś wypadało przejrzeć aukcje na Allegro i Aukro, co raz w tygodniu zajmuje mi parę godzin (w domu szkoda na to czasu…). I jeszcze coś, ale nie chcę o tym pisać.

Po południu poszedłem się położyć… Oczywiście natychmiast telefon, że jest  prywatna pacjentka. No k–va, płaci 70 zł, a ja za cały dzień powszedni dostaję 80. Z trudem się opanowałem. Na szczęście pacjentka nie była konfliktowa, a jej problem był dość prosty do rozwiązania. Łatwo być miłym dla pacjentów, kiedy nie jest się przepracowanym. I poniżanym.

Uprzątam pozostałości po dyżurowym maratonie. Dziś pozwoliłem sobie na niezłą wyżerkę pod pretekstem testowania tanich, obiecujących konserw z Biedronki. Jak pod koniec wędrówki, kiedy zostają zapasy prowiantu. Flaszkę koniaku schowałem. Jak się doktór zatacza i bełkoce ze znużenia, nie powinno być od niego czuć alkoholem. Niech będzie czyste urżnięcie się pracą…

Już mnie ciągnie na wędrówkę. Na razie powróciła zima, w nocy w domu woda zamarzła… Mam nadzieję, że rano otworzę choć jedne drzwi w Maluchu… Stoi sobie grzecznie pod przychodnią, od zeszłego piątku. Ojej, zaciągnąłem ręczny… Trudno nie, na takiej pochyłości jedynka nie wystarczy.

A co z Daną? Jutro zaczyna nową pracę. Ma zawierać umowy na dostawę elektryczności dla przedsiębiorstw. Niełatwo dziś być akwizytorem. Czyli doktorski chleb nie jest znów taki najgorzsy?

read more…

nareszcie spokój

Written by admin on Mar 08 2010

Niedzielny poranek. Doktór wstaje o dziewiątej i niespiesznie robi sobie śniadanie. Resztki pasztetu, imitacja pasty z łososia, herbata, koniak… Nefrolodzy uczą, że człowiek powinien dużo pić, najlepiej dwa litry dziennie. Niestety, pacjenci tyle tego nie noszą.

Doktorze, dzwoniła jedna pacjentka. Może przyjdzie po receptę.

Tak powinno być na każdym dyżurze.

read more…

z historii choroby…

Written by admin on Mar 08 2010

… innej pani K.:

podobno przepisała się do innej poradni POZ

Gott sei Dank ;-) )

Podejrzanie długo nie suszyła nam głowy. Teraz wiem, dlaczego.

read more…